Coś dla znudzonych kinomanów ? / mniejszość kulturowa

Jak najłatwiej dziś zobaczyć się w oczach innej osoby jako ktoś infantylny? Istnieje wiele sposobów. Można jej zapaskudzić pół-strawionym obiadem spodnie na imprezie, można z dzikim podnieceniem mówić o kanapkach z Makdonalda, lub powiesić na ścianie plakat Szanghaj Motel, ale to wszystko jest niczym, powiadam NICZYM, przy wyjawianiu prawdy o swych kinowych gustach – o tym, że ogląda i ceni się Anime.

Syndrom zboczonej chińskiej bajki ciągle twardo się trzyma, naszych narodowych polskich lędźwi. Stałe argumenty o krzykliwych panienkach z wielgachnymi oczami i braku jakiejkolwiek wartościowej treści, nie tracą na ważności w ustach ‘specjalistów’, od lat stojąc dumnie jak ten pomnik ze spiżu. Gdy przyjrzymy się sprawie z bliska, argumenty przeciwników wydają się coraz mniej logiczne. Owym znawcom, nie chodzi nawet o animowaną formę nowel, tylko, że w ogóle są z Japonii, są dziwne, niepojętne i dziecinne. Wychodzi przy tym jakie pranie mózgu przechodzimy od stanu dziecięcego – dzieci nie patrzą na swych kolegów przez pryzmat pieniędzy, wyglądu, statusu, są trochę jak zwierzaczki – miłość odpłacają miłością, liczy się to kto jaki jest. Do czego piję? Do tego, że zastraszająca przewaga typów wrogich konwencji anime… spędziło przy niej dzieciństwo! Wyczekując sławnego pasma Polonii 1 z wypiekami na twarzy, czerwonymi niczym wnętrze Etny.

Chłopcy podziwiali Tsubasę, dali się porwać jego boiskowym przygodom, poznając świat piłki nożnej, rywalizacji i super strzałów. Śledzili z zapartym tchem Tygrysią maskę – cudne, walki zapaśników. Był też Yattaman z załogą; Yatta-psem, Yatta-kotem, Yatta-rybą i Yatta-wszystkim, porywali w niesamowity świat przygód. Największy, bezwzględny klasyk – Generał Daimos sprawiał, że tuż po emisji odcinka składało się roboty z klocków lego, chcąc za wszelką cenę odtwarzać jego potyczki. Gdy wybijał wieczór, na tapetę ruszały równie japońskie, wieczorynkowe Muminki, z wręcz potwornie zastraszającą Buką. Oglądało się też Pszczółkę Maję posiadającą tak sławetny polski dubbing i piosenki, że do dziś ludzie są nieświadomi jej skośnookiego pochodzenia. Wstyd byłoby zapomnieć o rysunkowej operze mydlanej; Sailor Moon, i operze mydlanej 2 – serii Dragon Ball, uzależniające od siebie ludzi na długie lata. Wszystkie te bajki były pełnoprawną częścią życia każdego obecnego, plus-minus – dwudziestolatka. Zapytajcie któregokolwiek z nich o nie, to będzie się rozpływał i wspominał z łezką w oku jak to kiedyś było. Dziś Ci ludzie, mówią jakie są złe, zboczone i fatalnie infantylne….

Modna stała się krytyka japońskiej animacji w polskich mediach. Zaczęto prawić nad bezsensowną przemocą, okultyzmem i nadmierną ekspresją czegokolwiek. Wychowani na Polonii 1, zostali od niej odcięci, i nigdzie już nie mogli zobaczyć czegoś w tym stylu, i tylko dla swej grupy wiekowej. Z czasem sami zaczęli myśleć, że cały świat anime jest tym co kiedyś widzieli – bajką dla dzieci.

Paradoksalnie gwoździem do trumny w szufladkowaniu tego gatunku okazał się, światowy ewenement – Pokemon. Co by nie napisać, kreskówkowa adaptacja gry spotkała się ze straszną falą obrońców moralności i była wycelowana w młodego odbiorcę, kreskę miała strasznie prostą a jej główną atrakcją były rozbłyski na pół ekranu. Promocja serialu z wszechobecnym szałem dodatków do chipsów, i dzieciaków wkręconych maniakalnie w zbieractwo (Catch them all! Złap je wszystkie!) mimo nabicia niejednej grubej rybie kieszeni dolarami, nie pomogło wcale w zdobyciu uznania dla tego rodzaju sztuki. Wręcz okropnie mu zaszkodziła, tworząc w głowach każdego kto traktował problem powierzchownie, lub nawet nie starał się go analizować, skrót myślowy podsumowujący każdą animację japońską, jako strasznego Pokemona. Było to typowe dla naszego młodego, skażonego PRLem, kapitalizmu, wydojono Pikachu do granic możliwości, nie zastanawiając się nad tym ile można by było wyciągnąć korzyści z wypromowania całego gatunku, i pokazania jego różnorodności. Cóż, Stany, Anglia, Francja, Włochy, Niemcy, pokazują jak ogromna widownia została stracona, i jak krótkofalowe myślenie panuje w biało czerwonym marketingu.

Co by nie pisać, okropna szkoda, że sądy nt anime są wydawane na tak marnych podstawach. Fani kimetografii, ci więksi i mniejsi, prawdopodobnie nie sprawdzą przez wredną propagandę telewizji jeden, paru z jej najjaśniejszych dzieci, tego i ubiegłego stulecia. Dzieci z czarną czupryną, lekko nikczemnym wzrostem i z białą flagą z czerwoną kropką na sztandarze.
Pierwszym co trzeba przyjąć do wiadomości jest to, że anime jest dzielone na ogromną ilość kategorii, i każda jest wypełniona zastraszającą ilością tytułów. Jeżeli jest coś dla osób pełnoletnich, mimo iż wygląda na zwykły serial animowany, to miejcie pewność, że jest od lat 18stu. W każdej chwili mogą zacząć latać głowy, albo pojawi się demon z piekieł, wkładający swe macki w różne ‘wejścia’ głównej, przed chwilą ubranej, bohaterki. Twórcy się rzadko kiedy hamują, realizując często czysto chore wizje, w końcu tworzą coś dla dorosłych, więc mogą. Powstają osobne produkcje dla licealistów, dla dziewczyn, dla gejów, fanów siece fiction, samurajów, fantasy, cyberpunku, ludzi oczekujących komedii, dramatu czy mordoklepki, wszystko dodatkowo okraszone kategoriami wiekowymi – i każdy to przyjmuje do wiadomości, czerpiąc rozrywkę wybierając z półki dzieła mu dedykowane. Naprawdę nie wyobrażam sobie osoby, która by nie znalazła czegoś dla siebie. W naszym kręgu kulturowym przejęło się jednak, że aktorskie filmy są dla dorosłych, a animowane tylko dla dzieci. Japończycy nie robią z tego problemu, skoro coś jest dla dorosłych to jest i może być nawet ruchomym szkicem a nie wybiegiem dla zarabiających miliony gwiazd, one nie są im potrzebne. Dochodzą do tego sprawy budżetowe – naprawdę, robienie aktorskich wersji, ich wizji przerosłoby hollywoodzkie budżety. Większość scenariuszy pochłonęłoby pieniądze Władcy Pierścieni i jeszcze by trzeba było dopłacać.
Tym większa szkoda, że do Polski zawsze trafiały te anime które były kierowane do młodej widowni, o istnieniu reszty gatunków, dla innych grup docelowych niestety nie przyszło się nam oficjalnie dowiedzieć. Przynajmniej dzieci oglądały coś fajnego, szkoda że ich starsi koledzy, już byli odcięci od produkcji dla siebie.

Nie będę ukrywał, że tekst powstał by zachęcić choćby parę osób, do sprawdzenia filmów, których zapewne nigdy by nie sprawdzili. Nie trzeba stawać się zapalonym fanem z miejsca – wcale nie trzeba nim zostawać tylko… są rzeczy na świecie, które trzeba zobaczyć 😉 I warto wydawać potem opinie na temat tego gatunku, znając choć kilku jego czołowych przedstawicieli, a nie powtarzając zdanie specjalistów, znających tylko to co można było zobaczyć w naszej telewizji. Bo to tak jakby na podstawie kąpieli w wannie wypowiadać się o wind surfingu . Na dobry początek trzeba naprawdę niewiele wysiłku, wystarczy udać się do byle sklepu z dvd (empik, MM, Saturn, cokolwiek) i wyhaczyć z półki…

Samurai Champloo, dzieło Shinchiro Watanabe, pięknie bawi się formą i przedstawiając strasznie ciekawe postaci (mimo iż jednowymiarowe, to charakterystyczne), nowoczesne brzmienia i czasy mistrzów miecza. Obserwujemy wyjętego spod prawa Mugena, ronina Jina i łączącą ich losy nastoletnią Fuu. Klimat feudalnej Japonii, mimo głównie luźnej konwencji nie stroni od pokazania jej brudu; sprzedawania ludzi, hazardu, motywów religijnych i burdeli, na swój sposób sięgnięto też w dzisiejszą tematykę narkotyków i wandalizmu (heh, jakby tamte nie były dzisiejsze). Często można odnieść wrażenie, że ogląda się serial nie o Samurajach lecz czarną komedię o gangsterach. Odczucia te winduje muzyka, utrzymania w hip-hopowych barwach, dodaje dynamiki starciom, i nakręca akcję – wtapia się w całość w taki sposób, że ciężko sobie potem wyobrazić oglądanie walk na katany bez konkretnego beat’u w tle. Kreska Champloo nie ma wiele wspólnego z ogólnym wyobrażeniem anime – cały czas obserwujemy naturalne, ludzkie sylwetki, piękną, płynną animację i walki z elegancko oddaną siłą ciosów, w akompaniamencie cudownie przerysowanej, tryskającej krwi. Trójka bohaterów, rusza w podróż (małe kino drogi 😉 ), wpadając na coraz to bardziej niesamowite postaci – holenderski otaku, wojownik z dalekich stron, wielkolud-wyrzutek, bracia kochający ‘malarstwo’ etc. Spirala akcji nie zwalnia, równoważąc poważne problemy, z przeszłości goniącej Mugena i Jina. Obaj mają życiorysy, warte poświęcenia im osobnych serii. Wspominając o tym duecie , należy nadmienić, że nie darzą się zbytnim respektem i gdyby nie Fuu, to SC trwałoby jeden odcinek, w którym by się pozabijali. Po łyknięciu całego sezonu, spojrzy się na japończyków z innej perspektywy, zobaczy, że jednak robią cos nie dla dzieci, tylko rzeczy z jajem, świetnie wystylizowane i sprawiające każdemu przyjemność z oglądania.

Mini-przegląd, wybitnych anime zacząłem od czegoś miarodajnie łatwego w przyswojeniu, pełnego kowbojskiego luzu i akcji. Jednak powszechnie wiadomo, że pierwszeństwo we wszelakich rankingach należy się tytułom: Akira i Ghost in the Shell. Te dzieła mają moc stwórczą wręcz – są wyjątkowe w skali światowej kinematografii, niezależnie od preferencji widza. Ciężko nazwać się znawcą filmu, nie widząc obu, to tak jak być Polakiem i nie narzekać.
Widok futurystycznego Tokio, z Akiry, odbudowanego po trzeciej wojnie światowej, przygotowywanego do pierwszej od zawieszenia broni olimpiady, mimo lekko już przestarzałej kreski, ciągle robi wrażenie. Znów poszkodowana Japonia zmienia się w państwo policyjne, na którego ulicach toczy się walka o wolność. Obserwujemy to z perspektywy członków gangu motocyklowego. Wstępnie nic nie przepowiada tego, do jakiej skali urośnie konflikt między szefem gangu – Kanedą a jego pozornie najsłabszym członkiem, Tetsuo. Gorącą sytuację w mieście podbijają rzesze fanatyków religijnych, czekających na mesjasza, bez przerwy rozpędzanych przez wojsko. Jeżeli filmy tak dotykające boskości i parapsychologii (a zarazem pełne akcji) komukolwiek się podobają to Akirę potraktuje jak klasyk. Pranie mózgu na skutek, którego wyjawiają się lęki Tetsuo, ma naprawdę ciężki klimat. Świetna muzyka i post apokaliptyczny klimat, przez lata nie stracił na sugestywności Jednoczesne nasilenie przyziemnych spraw, z wybuchem nadnaturalnych mocy, i próby opanowania jej przez ludzi (tym jest właśnie tytułowy ‘projekt’ Akira) daje kinomanom sytą ucztę. Ucztę troszkę wyrachowaną, bo trzeba się zastanowić którym sztućcem jakie frykasy należy jeść, ilość łyżeczek i widelczyków może przestraszyć, ale warto się ogarnąć, by oddać się konsumpcji, tak wyjątkowego dania.

Trzymając się kulinarnych porównań, Ghost in the Shell jest prawdziwą kolacją u ambasadora, na pewno nie dla każdego, na pewno wytrawną i na pewno wymagającą. Ostry cyberpunk, poszukiwanie definicji życia i duszy, zacieranie się granicy między maszyną a człowiekiem, cyborgi nie wiedzące czy tak naprawdę czują, czy są tylko do tego zaprogramowane – nie są to tematy, o których rozmawia się łatwo, i dochodzi do jednoznacznych wniosków. Film opowiada o akcji elitarnej sekcji dziewiątej (zajmującej się m.in. cyberterroryzmem) chcącej złapać hakera pierwszej klasy – sprawy znacznie się komplikują gdy, bohaterka, major Motoko Kusanagi nawiązuje z nim bezpośredni kontakt. Haker zwany Władcą Marionetek jest w stanie włamywać się do ludzkich umysłów, wypaczając choćby ich wspomnienia czy wyobrażenie o życiu. Gdy zaatakowana zostaje tłumaczka, biorącą udział w najważniejszych rządowych spotkaniach dyplomatycznych, śledztwo nabiera jeszcze większego rozmachu.
Historia porusza sprawy indywidualności bytów, ewolucji, i posiada mocny grunt polityczny. Wizja świata w którym ludzie są cały czas podpięci do sieci, i można się w nich ‘włamywać’, może okazać się prorocza, przez co jeszcze bardziej niepokoi. Twarde realia obserwujemy już od pierwszej sekundy projekcji, gdy zostajemy w nie wprowadzeni, przez narratora mówiącego (tu pozwolę sobie zacytować): „W niedalekiej przyszłości korporacje łącznościowe sięgnęły gwiazd, a elektrony i światło płyną poprzez wszechświat. A jednak postęp komputeryzacji nie zlikwidował jak dotąd podziałów narodowych i rasowych…” czysta moc! Przy kolejnych dialogach i monologach przechodzą ciarki po plecach. Każde ujęcie filmu jest chwilą chwały jego twórców– od roku 1996 (data premiery) nie powstało nic co by mogło się równać z oprawą GitS. Szczyt perfekcji, pod każdym względem, ilość szczegółów może pobrudzić bieliznę najbardziej odpornym na sztukę. Okazjonalne pościgi, sceny walk, niesamowite kadry, całe bogactwo formy, nie odwróci tego, że chodzi tu głównie o treść, jak – przystało na ramy gatunku. Natłok informacji, multum szczegółów i niedopowiedzeń tworzą obraz tak samo trudno przystępny, jak i fascynujący.
Sprawa Ghost in the Shell to coś więcej niż jeden film – uniwersum składa się jeszcze z dwóch sezonów serialu anime. Ich podejście jest bardziej sensacyjne, utrzymane w konwencji serii detektywistycznej. Obserwujemy zdecydowanie bardziej ludzkie problemy bohaterów, i mamy okazję poznać wszystkich członków sekcji dziewiątej. Elitarna grupa bierze udział w sprawach najwyższej wagi, ujęcia akcji przeplatają się z bardzo rozbudowanym tłem politycznym. Ujrzymy stojącą na skraju wojny domowej Japonię czy walkę o fotel premiera rządu, a potem jego kontrolę, a efekty misji ‘dziewiątki’ przekładają się na sytuację w cąłym kraju.
Powstał też drugi film kinowy, o podtytule Innocence. Niewinność jest właściwie spełnieniem marzeń fanów jedynki, tak bardzo od niej różne a jednak podnoszące do sześcianu jakiekolwiek motanie fabułą. Graficznie ponad poziomy wylatuje, dorzucając do perfekcyjnej kreski efekty komputerowe, wygląda maksymalnie futurystycznie, a animacja ją otwierająca zwana jako ‘making of cyborg’ wdzierając się w podświadomość swym bezwzględnie doskonałym obrazem. 9 lat pracy, włożone w jego produkcję, jest odczuwalne przez cały seans. Po walczeniu, i ogarnięciu całej poprzedniczki można z przyjemnością się poddać próbie rozwikłania wizji numer dwa. Mimo mego pełnego uwielbienia, przyznaję że bez dobrej znajomości realiów tego świata, i przesłania jakie niosły działania Władcy Marionetek, jest prawie nie do zrozumienia. Pozycja tylko dla fanów? Może, ale strasznie opłaca się być fanem. To istny traktat filozoficzny, bawiący się z nami w poszukiwanie prawdy.

Odskocznią od futurystycznych klimatów, polityki i metropolii stanowi dzieło studia Ghibli – Mononoke Hime. Piękna historia, baśń dla dorosłych, odnosząca się głównie do tego jak bardzo człowiek odszedł od natury (ale bez wstawek green peace, spokojnie). Opowiada o demonach, duchach lasu i ludziach dorabiających się majątków na niszczeniu środowiska. Ukazano prawdopodobnie ostatnią erę zwierzęcych bóstw przechadzających się po ziemi. Ich kondycja jest uzależniona od stanu planety, planety którą drąży choroba zwana ludzkością. Ashitaka (główny bohater) wyrusza w podróż, poszukując sposobu na zdjęcie klątwy, którą rzucił na niego jeden z bogów, którego ciągłe osłabianie serca lasu zmieniło w demona. Na swej drodze spotka zarówno mityczne moce natury jak i całkiem przyziemne ludzkie jednostki, oraz tajemniczą dziewczynę przygarniętą przez wilki. Nie jest to żaden manifest ekologiczny, film jest historią miłości, woli walki i wiary w swe idee. Mali ludzie, wielkie czyny – polecam obejrzeć ten teatr uczuć każdemu, uchwycenie klimatu prastarych lasów, jezior i równin, przepełnionych mistycznym duchem wypadło rewelacyjnie. Muzyka i kreska tylko podbijają mimo iż baśniowy to podniosły klimat – zdecydowanie mądry, poruszający obraz, unikający moralizatorstwa, oraz czarno-białej wizji świata, zapewniam że uniknięto podziału na szlachetne zwierzęta i bardzo chciwych ludzi. Zadowoli zarówno szukających wrażeń audio wizualnych (nie na co dzień można obejrzeć boga lasu, kroczącego w blasku księżyca między konarami), jak i wymagających widzów.

Wspomniany na początku Watanabe jest autorem, jeszcze jednej wielkiej serii – Cowboy Bebop. Opowieść o kosmicznych łowcach głów, zdobywa swym klimatem i zakorzenieniem się w pop kulturze (szczególiki takie jak choćby trunki pite przez bohaterów, czy ich style walki), oraz tym jak składnie łączy w sobie masę styli, tworząc spójną całość. Mimo dalekiej przyszłości, autorzy stylizowali miasta, stroje, muzykę – wszystko na modłę starych filmów, pełnych specyficznego uroku. Bary pełne papierosowego dymu i brudnych szklanek, wielkie maszyny których ciężar się odczuwa, normalne środki transportu, telewizja etc. Scenografie wydają się pochodzić z lat 60tych, a jednak bohaterowie podróżują z planety na planetę swym prywatnym statkiem – bardzo powszechnym środkiem transportu. Kolorystyka wpasowana w westernowy klimat, i genialnie przemyślany koncept świata, sprawia, że od początku do końca ten stylistyczny kolaż, składa się z samych spójnych elementów.
Bezsprzeczną rewelacją są sylwetki postaci, każdym targają inne emocje, a naturalnością potrafią przyćmić większość aktorów, poza tym są tak charyzmatyczni jak tylko można to sobie wyobrazić. Spike, jest wręcz kwintesencją chilloutu, ręce w kieszeni, czupryna, wyświechtany garnitur i zawsze zmiętolony papieros. Do tego przeszłość o której nie chce rozmawiać, i zaprawienie w bojach – i na gołe ręce jak i na broń palną. Łowca głów pełną gębą, identycznie jak jego kompani – były policjant Jet, szulerka Faye i haker Ed – taki dream team inaczej 😉
Metryki bohaterów to jedno, oprawa to drugie – autorzy postawili na brzmienia jazzowe (konkretniej właśnie na styl zwany Bebop, prosto z lat 40stych, grał go m.in. sam Charlie Parker),o kompozycjach towarzyszących serii można równie wiele napisać co o niej samej. Soundtrack jest pełen muzyki nasiąkniętej emocjami, w większości dość koneserskiej, nie potrzebującej słów, by oddać to co przekazuje. Utwór kończący serie, rozpaliłby serce człowieka śniegu. Autorzy zapewniają z każdym odcinkiem nowe doznania, budując z niby szczątkowych informacji, powolutku coraz głębsze portrety postaci grających główne role. Względnie komediowa atmosfera zmienia się w obrazy pełne goryczy, nostalgii, napełnione nadzieją lub zagubieniem, scenariusz jest stanowczo pełnokrwisty. O każdym odcinku można napisać bez problemu osobny artykuł. Warte podkreślenia jest zakończenie – Cowboy Bebop jest kompletny, a jego ostatnie minuty zapamięta na zawsze każdy, kto będzie miał niewątpliwą przyjemność je ujrzeć. Koło takich spraw nie przechodzi się obojętnie.

Jeśli kogoś troszkę bardziej fascynuje egzotyka , i tęskni za wielkimi robotami z generała Daimosa ‘leczenie’ z awersji do anime może zacząć od Neon Genesis Evangelion. NGE obrosło w wielu kręgach kultem, sprawnie łącząc szkolne perypetie bohaterów, ciężkie motywy fabularne (bez przesady, ale psychodela tez ma swoje 5 minut) oraz fantastykę. Mechy (tytułowe EVY) i ich piloci walczący z niesamowitymi potworami (aniołami?) atakującymi ziemię, to dobre pole do popisu. Zależności między maszyną a sterująca nim osobą, nie są tak ‘mechaniczne’ jak się może wydawać – piloci czują każdy cios, jakby przyjmowało go ich własne ciało, a zanim opanują swego robota, w pewien sposób musza się ze sobą zżyć, nauczyć go obsługiwać, coś w stylu nauki chodzenia. Sprawa jest skąpana w dramacie psychologicznym, i obarczaniu ogromną odpowiedzialnością osoby będące praktycznie jeszcze dziećmi (fabuła wszystko tłumaczy – dojrzalsi ludzie nie byli by w stanie nawiązać ‘współpracy’ z EVĄ). Animacja i widok potyczek sprawiają autentyczną przyjemność, design mechów to rewelka, opłaca się oglądać serię choćby dla pewnego odcinka w którym do pomocy w eliminacji przeciwnika dwójka pilotów używa muzyki – pomagającej im wyczuć kolejność ataków i konkretną synchronizację, morderczy balet ogromnych tancerzy daje radę.
Scenariusz miksuje mistycyzm żydowski i chrześcijańską religię, przerabiając je na swe potrzeby, robiąc całkiem ciekawą mieszaninę, choć strasznie trudna do zrozumienia nie jest, brzmi groźnie, ale dość powierzchownie potraktowano te sprawy. Dla fanów robotów i ciekawych relacji międzyludzkich (sporo postaci jest zaangażowanych, sporo) będzie jak znalazł, świetnie wygląda, od czasu do czasu zmusza do ruszenia szarymi komórkami, potrafi zszokować, przyjemna rzecz, wywiera wrażenie

Absolutnie ciekawą i intrygującą sprawą jest za to anime, które w naszym Europejskim kręgu kulturowym jeszcze trudniej przyswoić. School Rumble, bo o nim mowa, na pierwszy rzut oka wydaje się pokrywać ze stereotypem, i nic dziwnego. Słodkie barwy, jeszcze słodsze panny, lekka kreska, i krzykliwa forma to jego drugie imię. Do dyspozycji dostajemy dwa sezony przepełnione humorem, mocno osadzone w japońskiej pop kulturze (jak wiadomo nastawionej na zachód, więc odnaleźć się można bez problemów) . Jeżeli się odrzuci uprzedzenia, to ma się okazję poznać zwyczaje dorastających ludzi z drugiego końca świata. Niby tak różne, a jednak podobne do naszych. Błędne jest traktowanie SR jako marnego romansidła, bo jego siła tkwi właśnie w fabule. Jej budowa jest bardziej ambitna niż większości filmów – ponieważ, uwaga, nie przewiduje głównego bohatera. Owszem jest wątek uroczo głupiutkiej Tenmy i rozanielonego twardziela – Harimy, jednak akcja dzieli się płynnie miedzy co najmniej 6 osób, żadnej wyraźnie nie faworyzując. Obserwujemy rywalizację między dwoma klasami, i rozkładające na łopatki ‘startowanie’ chłopców do swych coraz bardziej kobiecych koleżanek ze szkoły. Jest w tym strasznie dużo uroku, i co by nie mówić, japończycy są skrytym narodem, bardzo zmanierowanym, i fajnie się ogląda jak przełamują wstyd przy swych pierwszych miłościach. A nawet jeżeli nie fajnie to karuzela niesamowitych zdarzeń, humoru subtelnego, angielskiego, sytuacyjnego, abstrakcyjnego naprawdę każdego rodzaju jest w dowolnym odcinku pełno, i zmusi do uśmiechu największego buraka. Postaci jest od groma, każdy znajdzie swego ulubieńca, parę chwil w tym świecie relaksuje i pobudza produkcję hormonów szczęścia. Ciężko wymieniać, ale akcje w stylu gonienia żyrafy po mieście, po prostu bawią. Jeżeli po obadaniu wszystkich sezonów „Przyjaciół” chce się czegoś więcej, czegoś nowego, ale równie celnego polecam spróbować, ta paczka nie ustępuje im ani trochę. Wystarczy przełknąć ‘wesołą’ stylistykę.

Grzechem byłoby nie wymienić, genialnego – Berserka. Jest to seria, będąca spełnieniem marzeń, każdego rozkochanego w ciężkim, poważnym klimacie. Wybija się z tłumu swą gęsta atmosferą. Jest to fantasy bez żadnych ‘ludków’, złotych zbroi i baśniowych przepowiedni, są za to miecze, pancerze i piekło wojny. Berserk jest bardzo dla dorosłych, i bardzo serio. To, że wszelkie potyczki wyglądają jak kadry z rzeźni, nie ma wpływu na podbijanie kategorii wiekowej – nawet jeśli cenzura by je wycięła, ta i tak była by najwyższa. Sposób w jaki ukazano średniowiecze, powaga problemów, nasączone żalem i cierpieniem życia – realia są tak autentyczne jak mogą być. Fabularnie jest to mocarz, nie szczędzący szokujących scen. Sprawy są napędzane przez tajemnice i marzenia postaci. Historia tego jak banda najemników, pnie się zastraszająco szybko w hierarchii wojsk (akcja dzieje się w czasie wojny między dwoma potęgami) króla, i trafia na dwór, stając się elitą, kończy się tak tragicznie jak i nieprzewidywalnie. Griffith (przywódca grupy) jest niemal mistyczną osobą dla swych kompanów, geniuszem w sprawach strategii, obrał sobie cel do którego dojdzie choćby po trupach. A jak pokazały losy niejednego rodu – dworskie intrygi są nieraz znacznie okrutniejsze i bardziej bezlitosne niż wydarzenia z centrum pola walki, na ekranie się to w pełni potwierdza. Uwaga widza skierowana jest na poczynania Guttsa. Człowieka, który nadaje tępo sukcesom Griffitha. Wychowany wśród najemników, zrodzony z martwego ciała, wyklęty i odrzucony, zna tylko życie wojownika. Gutts naciera z maksymalną siłą, jego ogromny, ciężki miecz, pięknie gniecie zbroje przeciwników, rozrywając ich ciała i kości. Jego szał bojowy, to poezja, istny wybuch mocy. Nie jest ani rycerski, ani bohaterski, starożytni tworzący tragedie antyczne nie wymyślili by bardziej targanej przeznaczeniem osoby. Opowieść o nienawiści, żalu, i marzeniu, nie stroni od ukazania naprawdę brudnych spraw. Berserka należy obejrzeć, choćby po to by przekonać się, że tony filmów o potyczkach na miecze, które powstają od lat, nawet nie zbliżyły się do jego poziomu, ugrzeczniając co tylko się dało. Absolutny mus.

nowa jakość dla każdego?

Znużenie, jakąkolwiek formą rozrywki, to powszednia sprawa wśród ludzi. Lubimy coś, eksploatujemy to w miarę możliwości aż nam się nie znudzi. Gdy następuje ten krytyczny moment, zwykle nie wiemy co ze sobą począć. Ogólnie można przyjąć, że za dużo przebywania w jednej ‘stylistyce’ szkodzi. Ciągłe czytanie beletrystyki, granie w określony gatunek gier, oglądanie jakiegoś rodzaju filmów, w końcu musi się przejeść.
Dobrze więc pamiętać, że istnieje coś takiego jak anime, całkowita odmienność dla naszej codzienności. Warto przewietrzyć umysł, i spróbować choćby tych paru, wymienionych w tekście, egzotycznych smaków. Jestem pewien, że taka odmiana zrobi dobrze każdemu. I Kto wie, może niedługo to od anime będziecie potrzebować odskoczni? Miło by było, gdyby fani tego rodzaju formy ekspresji, przestali być ‘mniejszością kulturową’.

Bo są rzeczy na świecie, które trzeba zobaczyć

Reklamy

25 uwag do wpisu “Coś dla znudzonych kinomanów ? / mniejszość kulturowa

  1. Cóż… Dużo nie powiem, bo zabrakło mi słów 🙂 Ot, dobry temat, świetna realizacja. Roześle linka do tego tekstu kilku znajomym :>

  2. Co tu dużo mówić – tekst mądry, prawdomówny i świetnie napisany, jak zresztą masz Arasie w zwyczaju 😉
    Sam chyba skorzystam z twojej listy „musisz obejrzeć”…

  3. No i tym sposobem Aras pozamiatał w temacie 🙂 Serio, świetnie napisany tekst, zawierający dużo Twoich osobistych przemyśleń i opinii, a to jest bardzo ważne, dzięki czemu niezwykle ciekawy i obrazowy. Właściwie to powinien się pojawić w każdym większym piśmie poświęconym kinematografii, bo jest doskonałym przewodnikiem po Anime. Dodatkowo pragnę wyróżnić świetny wstęp, który idealnie wyjaśnia wiele kwestii, tłumaczy je a także wprowadza do tekstu właściwego poświęconego przeglądowi filmów. Respect Aras 😀

  4. Elo! No, Arasie, nie ma co – zacheciles mnie do siegniecia po anime. Z tych powaniejszych produkcji, to mialem na razie do czynienia z Ergo Proxy… Troche trudne w odbiorze, ale podoba mi sie. Okolo 10 odcinkow za mna i jako tako orientuje sie w sytuacji, wiec nie jest tragicznie. 😛 Jednak jak znajde czas i fundusze, to zabiore sie raczej za cosik lzejszego. ;]

  5. Psiakrew, a już miałem o Bepopie zapomnieć… a tak wraca poczucie winy za to siedzenie po nocach przed kreskówką, zamiast pracy nad SuperWażnymiProjektami…

    Dobry tekst, thx. Pozdrowienia.

  6. Shit, Aras, to poszalałeś XD Jeszcze nie przeczytałem całości (stanąłem na Mononoke), ale tekst bardzo fajny. Naprawdę 🙂 Bardzo dobrze, że skupiłeś się na opisywaniu, w większości, anime dostępnych w Polsce. No i oczywiście napisałeś coś o seriach i filmach, które cenię. Wiadomo o które chodzi 😉

  7. hehe trafiłam przypadkiem, ale zaraz nie zdziw sie jak naśle tu bande manga maniakow:> tekst fantastyczny co rusz słysze jak mowie o swoim hooby( jakim jest tlumaczenie mangi na j.p i ogladanie anime) ty ciągle ogladasz te bajeczki ? a co to jest manga? i jak jednym tchem wymieniam ulubione tytuly ludzie patrza jak na aliena… No fakt 27 letniej nauczycielce jezyka polskiego to przeciez nie wypada prawda?
    Dziekuje bardzo za tak pozytywny tekst i licze na inne w tym stylu
    Ewcikson

  8. Świetne wprowadzenie nowych w gatunek, mocny wstęp który sam w sobie mogłby sluzyc za osobny text. Doskonale uargumentowales sytuacje anime w Polsce, stresciles w kilkunastu zdaniach jego roznorodnosc oraz obaliles temat o „zboczonych bajakch dla dzieci”. Bardzo dobre opisy serii sa tylko wisienka na szczycie torcika, a sam text – nie liczac momentami pojebanego cienko jezyka – rzadzi i dzieli. I to na tyle ze wzbudza zazdrosc, jak dotad Twój najlepszy tekst i najlepszy tekst tego typu jaki czytałem. Szacun

  9. No, przeczytałem i przyczepię się do dwóch rzeczy (a co) – akcja Bebopa wcale nie dzieje się w aż tak odległej przyszłości, to wciąż jest 21. wiek. Druga sprawa to Evy – po obejrzeniu serii trudno nazwać je mechami. Ale to zrozumiałe uproszczenie.

    No, a ogólnie, to szacun, bo naprawdę fajnie napisany tekst. Zachęcił mnie do obejrzenia Berserka 😉

  10. Hehe, wiesz, nie pieściłem się tu z opisami, przechodząc do sedna danej serii, starając się przedstawić jej esencję, w miarę możliwości, na jak najmniejszej przestrzeni (text mi pęczniał i pęczniał).

    A w kwestii NGE wykazałeś się czystym czepialstwem 😉 sprawa i tak jest dyskusyjna. Przy Bebopie, masz teoretycznie rację, tylko świat zbudowany przez twórców robi wrażenie (przynajmniej na mnie) przyszłości dużo-dużo dalszej (tak jak ta z GitS), niż tej która czeka ludzkość końca tego wieku. Planet się w godzinkę nie kolonizuje, i niektóre rzeczy ot tak nie powszednieją.

    -> Sprawdź Berserka czym prędzej ^^

    Dzięki wszystkim za tak ciepłe przyjęcie tego tekstu, nie powiem, że był dla mnie łatwy do napisania. Po takich reakcjach wiem, że warto tworzyć coś dalej.

  11. Sfera czasowa Bebopa, to chyba jedyny mankament tego anime, mogli twórcy przenieść akcję choćby do 2170 roku (czyli 100 lat dalej).

    A z tym czepialstwem przy NGE, to wiem 😀 Kwestia faktycznie dyskusyjna, ale jak dla mnie to nie są mechy a [mega spoiler].

  12. Tekst jest naprawdę dobrze napisany Tytaj niskie ukłony. Trochę razi ten bezkrytycyzm, ale w końcu tekst miał zachęcić i jak myślę spełnił swoją rolę. Z kilkoma rzeczami się nie zgodzę, ale to w końcu twoja opinia, a uważam, że każdy kto sięgnie po dane anime, to wyrobi sobie własną.

  13. Felietonik (jeśli tak można to nazwać) jest bardzo dobry, lecz z deczka zbyt ekspansywnie wychwalane są pozycje, które opisujesz. Sam pewno za jakiś czas (tak, pewno za rok ;D) się na coś skuszę, co tu tak wychwalałeś.

  14. Pięknie napisane… cóż mogę przyznać, wszystko co piszesz to szczera prawda:)
    Chętnie skorzystam z twojej listy anime.

    Dzięx ewcikson za polecanie stronki;)

  15. Aras? To Ty pisać potrafisz? 😛

    Dobra, koniec wredności. ;]

    Tekst fajny, nieźle się czyta mimo pewnych czysto technicznych niedoróbek, mam tylko parę takich… No, takich małych…

    1) Stereotyp anime w Polsce wziął się właśnie od „Sailor Moon”. Już w momencie ukazania się tego anime na Polsacie, były różne głosy i głosiki. A teraz po prostu ten stereotyp silnie działa w świadomości kulturowej.
    Najśmieszniejsze, że samo anime jest przeznaczone bodaj dla dziewczynek w wieku 13-15 🙂
    2) Nawet w komentarzach się przewija też. Z tym czasem w Bebop to nie ma takiego znaczenia – autorzy gdzieś chyba cisnęli, że to tak naprawdę miejsce, gdzie zbiega się przeszłość (to całe retro&vintage), teraźniejszość (czyli problemy, takie jak teraz) i przyszłość (czyli oprawa formalna, tunele hiperprzestrzenne etc.).
    3) Oj, troszkę po macoszemu potraktowałeś NGE. 🙂 To przede wszystkim nie jest „bajka o mechach”, bo mech to w lesie rośnie 😛 Po drugie, to nie są (anioły?), tylko Anioły. 😉 Ale rozumiem, że nie chciałeś zbytnio wchodzić w ten świat. Tyle, że odniosłem wrażenie, jakby w kontekście pień – nomen omen – anielskich nad Akirą, GITSem, Bebopem, czy Berserkiem, NGE potraktowałeś po łebkach i bez pewnego hmm… zrozumienia. 😉 A to jest właśnie – pomijam fabułę i końcowe wydarzenia, które proste wcale tak znowu nie są (Wyjaśnia nieco kinówka, a właściwie dwie) – najlepszy, wręcz wg mnie kanoniczny przykład na wyleczenie kogoś z tej anomalii umysłowej u ludzi, o której piszesz. Dlaczego? 🙂
    Bo zaczyna się:
    O, mechy latają. Wielkie roboty, leją stworki z kosmosu.
    *kilka odcinków*
    O kur… To nie roboty.
    *dalej*
    O kur… Nie z kosmosu.
    *dalej*
    O kur…
    O kurkurkur.

    😛

    Nie chciałbym zabrzmieć jak fanboj, ale NGE, nie tylko dla mnie, w świadomości ludzi, którzy oglądają dżapońskie wybryki, jest dziełem na miarę Akiry i GITSa właśnie. 🙂 Takim kanonem.

    No, upisałem się jak dziki – fajnie, że wspomniałeś o Berserku, bo to też zacna sprawa, aczkolwiek tylko wstęp do mangi… Do tego dodałbym jeszcze Serial Experiments: LAIN, Boogiepop Phantom, Ergo Proxy i jadymy. 8)

    ps.
    Elfen Lied zaczyna się mocnym uderzeniem, a potem robi się z tego romansidło z urywanymi gdzieniegdzie kończynami. Bail!

  16. @Ninja z Konohy – no ja też jej musze za to podziękować 🙂

    Co do pominięcia jakiegoś tytułu, panowie, tekst ma 7 stron długości, a ja powieści jeszcze zamiaru nie mam pisać (może kiedyś 😉 ). Niestety przy wszelakich wyliczankach i rankingach tego typu zawsze musi ktoś zostać pominięty.

    Chim – o NGE chciałem pisać bez spoilerów, co jest dość skomplikowane (zresztą nie wiem po co skoro, Ty w komencie zaspoilowałeś czym są prawdopodobnie EVY xD) i zmusza do wielu uproszczeń.
    Faktem jest, też że Akirę, GitSa, Berserka i Bebopa cenię sobie wyżej.

    Poświęciłem miejsce tej serii bardziej dlatego, że i dla mnie jest kanonem anime, obowiązkową klasyką, niż z czystej chęci (tylko nie interpretowac tego tak, że nie lubię NGE).

  17. Pingback: Samuraje na 4Funie « Peace Grenade

  18. Jeden z najlepszych artykułów na ten temat na jakie trafiłem, choć muszę się zgodzić ze słowami krytyki odnośnie charakterystyki podanych przykładów. Rozumiem jednak, że trudno w kilku zdaniach opisać coś złożonego tak by usatysfakcjonować każdego odbiorcę dlatego może lepiej uniknąć przykładów, niech zainteresowany znajdzie własne, np szukając odpowiednika ulubionego gatunku filmu tradycyjnego.

    Zmobilizowało mnie to napisania czegoś we własnym zakresie, mam nadzieje, że nie będzie to potraktowane jako stricte reklama, ale zapraszam do przeczytania, komentarze mile widziane:

    http://visuallyorientedculture.wordpress.com/rysowana-popkultura/

    Myślę, że tekst przydać się może dla lektury dla osoby, która nie zna podstawowych faktów na temat japońskiej popkultury i stanowi dobry wstęp do takiego felietonu/artykułu jak ten, który zawiera już przykłady i opinie.

  19. Pingback: Fullmetal Alchemist Brotherhood « Visually oriented culture

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s