Co z tym PESem?

Niegdyś chłopcy zakochani piłki nożnej maltretowali rodziców o PeCeta i PlayStation dla jednej tylko gry – FIFA. Grą dla której porzucali swą wymarzoną Fifę było ISS Pro Evolution. Grą dla której kupowali PS2 było Pro Evolution Soccer.

Dobrze to wiem, bo sam byłem takim chłopcem, wiem jak to jest dossać się do serii piłek od Konami. Lata treningów, wypieki na twarzy, dokładnie wyselekcjonowane towarzystwo i twarde zasady, cały ten cudny obraz codziennych sparringów z czasem zaczął się rozmywać. Wszystko straciło pęd, ulotnił się gdzieś sens trenowania gry w PESa- nie ukrywam, że jestem zły jak cholera, ale to już nie ta sama gra.
Najlepsza seria gier sportowych jaka kiedykolwiek powstała, zdycha w chwilach swej największej popularności. Przez lata niedoceniana, została wypatrzona przez skromną ale mega solidarną grupę fanów, którym dawała tonę radości… kiedyś, bo dziś przynosi zawód. Zacznijmy jednak standardowo: od początku.
ISS z czasów 16bitowych platform jest wart odnotowania, ale dziś może stanowić co najwyżej ciekawostkę do odpalenia na parę minut by za chwilę o niej zapomnieć. Prawdziwa zabawa zaczęła się wraz z nadejściem pierwszej konsoli Sony. W ISSie na PlayStation było teoretycznie tylko parę sposobów na zdobywanie goli a gameplay utrudniał drybling jak się tylko dało ale gra i tak stała się królem multiplayer’owych posiedzeń. W tej prostocie tkwił pierwiastek geniuszu, nie wiem jak Seabass (szef projektu) to osiągnął, ale mimo nieskomplikowanego modelu rozgrywki mecze wygrywali zawsze gracze z największym stażem/doświadczeniem/weną czy też jak się to teraz określa – skillem. Przypadkowe zwycięstwa żółtodziobów nie wchodziły w grę. Szaraczek otrzymał jeszcze dwie części minimalnie się różniące ale pewnie najcieplej przez wszystkich wspominane: ISS Pro Evolution 1 i 2. Były to ostoje każdego fana prawdziwej piłki, jedyny tytuł podchodzący do sprawy poważnie i symulacyjnie. Niestety konkurencyjna FIFA była wspierana reklamami, powszechnie znana, szczyciła się świetnymi licencjami, oprawą i trikami, wyglądała o niebo bardziej efektownie i była dostępna na praktycznie wszystkie platformy – przyczyniło się to do dość skromnych sukcesów (ale jednak sukcesów) finansowych piłki Konami, żyjących w cieniu wypromowanego konkurenta. Taka sytuacja jak na złość tylko pomagała ISSowi, bo każdy kto w niego grał z pełną świadomością wiedział, że obcuje z niszowym, niedocenionym i najlepszym produktem na rynku. Wydawało się jakby znali go tylko ci którzy powinni, jakby był grą dla wybranych.

Golden Age

Każdy fan marzył wtedy by ekipa KCET (Konami Computer Entertaiment Tokyo) doczekała się wreszcie powszechnego uznania. Pierwszy krok ku sławie nadszedł na PlayStation2, w 2001 roku zdecydowano się wkroczyć z potężnie odświeżonym produktem. Zabrano się za napisanie zupełnie nowego silnika a nazwę zmieniono na Pro Evolution Soccer. Stworzono wtedy model rozgrywki na którym seria jedzie aż do dziś. Przeskok graficzny był gigantyczny, sylwetki piłkarzy, ich animacja, twarze: wszystko pokazało nowa generację. Wizualia są tu jednak najmniej ważne – liczy się to, że poruszanie się po boisku nareszcie stało się ‘plastyczne’. Płynne zmienianie kierunków dryblingu zamiast znanego z PSXa ‘albo ukos albo prosto’ wręcz wprawiało w oniemienie 😉 Doszły do tego cztery (!!) nowe szybkości prowadzenia piłki. Bieg z każdą oferował inną precyzje dryblingu, opanowanie ich płynnego zmieniania odróżniało prawdziwych graczy od niedzielnych. Szybkość reakcji, dokładność, zrewolucjonizowanie gry z pierwszej piłki (nowe klepki mieszały obroną aż miło), urozmaicenie przekładania nogi nad futbolówką – pierwszy PES to po prostu ewenement, tona zmian i wszystkie na lepsze. Owszem, miał w sobie jeszcze trochę naleciałości z PSXa, ale nie zmienia to tego, że przeskok na nową platformę wypadł perfekcyjnie. Było najzwyczajniej czuć tą przesiadkę na sprzęt dający duuuużo większe możliwości.

Kolejna część, wydana rok później wywołała szok pod względem oprawy – po pierwszym odpaleniu PESa2 długo nie mogłem dojść do siebie, byle przyjęcie piłki przyśpieszało bicie serca. Animacja wskoczyła na naprawdę reprezentatywny poziom, sylwetkom zawodników przybyło polygonów, tryb kariery rozpoczynało się od 3 ligi, był hardkorowy poziom trudności extreme, którego brakuje mi do dziś a sterowanie stało się jeszcze bardziej czułe. Drybling dwójki jest chyba najlepszy z całej serii – gracz z wprawą mógł przebiec jednym piłkarzem pokroju Szewczenki pół boiska i zawrócić, początkujący nie był w stanie przejść nawet 10 metrów z piłką. Właśnie dlatego ta seria była tak wyjątkowa, to była jej kwintesencja: momentalne rozróżnianie nowych w temacie od tych, którzy grają gdy tylko mogą. KCET zagłębiał się w doskonaleniu wszystkiego co może ucieszyć prawdziwych maniaków piłki.
Apogeum na swej drodze ku chwale osiągnęli przy trzeciej odsłonie Pro Evolution Soccer. Dodatkowo seria trafiła nie tylko na PS2 ale i na komputery osobiste. Tak! PeCeciarze dostali szansę by nawrócić się z FIFY na naprawdę stylowe granie – ilu z tego skorzystało? Raczej nie wielu, choć to już tylko i wyłącznie ich problem.

Ferguson, Mourinho i Zidane w jednej osobie

Kwestia stylu w PESie jest szczególnie ważna. Kto wie ten wie, a kto nie wie temu napiszę: ISS i PES to piłkarskie szachy. Najdrobniejsze zmiany w formacji drużyny, czynione przed meczem, są momentalnie widoczne na boisku. Mamy możliwość przypisania pojedynczemu piłkarzowi tego jak bardzo ma się cofać do obrony, w jakich kierunkach ma się najczęściej poruszać po boisku oraz dodać mu zadania indywidualne (plus oczywiście sama pozycja na jakiej go wystawimy wymusza na nim pewne zachowania).

Taktyka ogólna, dla całej drużyny to nie tylko ustawienie zaangażowania w kontrataki, presingu i powrotów po akcjach ofensywnych. Możemy jeszcze ‘w locie’ podczas meczu jednym sprawnym ruchem nakazać zawodnikom przenieść siłę ataku na lewe/prawe skrzydło, mocniej kontrować, sprawić że obrońca będzie się podłączał do ataku tworząc przewagę, ba! bez wchodzenia w menu można nawet niespodziewanie zmienić całą formację… możliwości jest mnóstwo, a zarządzanie swym teamem równocześnie dryblując i obserwując zmieniające się ustawienie zawodników to sprawa dostarczająca purystom masę radości. Jest to gra pozwalająca poczuć się jednocześnie najlepszym taktykiem, trenerem i piłkarzem na świecie – bezcenne przeżycie.
Trójka w swej ‘skillowatości’ była i jest do dziś rewelacją. Pierwszy kontakt z tą częścią to wręcz odbicie się od niej. Pamiętam jak musiałem uczyć się od nowa dryblować, strzelać, rozgrywać… a w momencie gdy wszystko załapałem biłem pokłony przed tym pomarańczowym krążkiem DVD. Wiecie jakie to uczucie strzelić z 33 metrów bramkę z rzutu wolnego, w grze w której większość osób przez parę miechów nie może się nauczyć strzelać z 25ciu? A jakie to uczucie podejść do tego wolnego i mieć 95% pewności, że się trafi jeszcze zanim się zobaczy animację kopnięcia? PES3 taki był, wymagał godzin treningów by dostosować grę do siebie a nie siebie do gry. Możliwość pokazania własnego, indywidualnego stylu zawsze była znakiem rozpoznawczym serii.

Jakie evolution taki soccer

Przyszedł czas premiery czwartej części. Coś nie zgrało do końca, był to niestety początek zaniżania poziomu PESów. Gra nie była zła, ale nie zaoferowała już nic nowego pod względem jakości animacji, stała się strasznie nastawiona na atak i miała coś co było wcześniej nie do pomyślenia: znalazł się sposób na strzelanie bramek z niczego. Wystarczyło ustawić sobie szybkich piłkarzy na skrzydłach i ciągle nimi wbijać piłkę po ziemi na pole karne – w większości przypadków kończyło się to golem. Dla grających na turniejach było to prawdziwe przekleństwo. Sam drybling też zyskał na sile. Rok później, wraz z PESem5 przyszło przegięcie w druga stronę, zamiast maksymalnie ofensywnej gry dostaliśmy część w której defensorzy mają znaczącą przewagę nad napastnikami. Doszło do tak absurdalnej sytuacji, że obrońca mający o 15 pkt. mniejszą statystykę ‘speed’ od napastnika i tak był nie do wyprzedzenia. PES5 był też grą przewrażliwionych sędziów – dosłownie wszystko gwizdali. W połączeniu z dziecinnie łatwymi rzutami wolnymi stanowiło to zabójcza mieszankę. Naprawdę, po tygodniu-dwóch strzelało się bramki z 8 na 10 rzutów wolnych a faul na co lepszej pozycji był niemal równy utracie gola. Kiedyś na taką skuteczność trzeba było sporo pracować.

Przyznam, że mimo tych nie do końca dobrych elementów, ciągle 4 i 5 pozwalały się popisać co bardziej zakręconym jednostkom. Sam grałem w nie jak najęty, zapominając o wszelakich wadach, w końcu to PES – gra z magią. Było prościej dla świeżych graczy, przesadzono z potęgą niektórych zawodników (Brazylia, ach Brazylia), pojawiły się pewne sposoby na zdobywanie bramek, ale i tak były to uzależniające pozycje. Spędzając przy nich naprawdę dużo czasu dało się znacznie podnieść skuteczność obrony w czwórce i dryblować od połowy jednym zawodnikiem w piątce. Trzeba było tylko chcieć i mocniej ryzykować.
Nadszedł w końcu szósty tytuł z serii. Tak oczekiwany przez nas – Polaków, bo był to pierwszy PES w polskiej wersji językowej, a w dodatku na okładce znalazł się Maciek Żurawski. Oczywiście wyszło przy okazji tej premiery, że nasz kraj rządzi się własnymi prawami, wydawcę (CD projekt) przerosło przetłumaczenie gry sportowej na czas i mieli miesiąc obsuwy. Większość ‘sceny’ podziękowała im i głodna grania ściągnęła swój egzemplarz z Anglii – dziękujemy wam panowie za poważne traktowanie. Wracając do samej gry: wydawało się jakby wyjechała z taśmy a nie była indywidualnym projektem, ot zmieniono priorytet niektórych statystyk (niefortunnie) i powrócono do pomysłu, który przewodził czwartej części – taktyka only attack była gwoździem programu. Trochę przesadzono.

Od Opola do przedszkola – rozwój wsteczny

Sprawę należy postawić jasno: części 4-6 były ciągle mega miodnymi kawałkami kodu. Grami stworzonymi do posiedzeń z kumplem i wywołującymi masę emocji ale nie czuć było w nich tego ducha który towarzyszył pierwszym trzem PESom, ducha robienia coraz bliższej ideałowi symulacji piłkarskiej.
Konami zaczęło skupiać się bardziej na promocji, wykupywać licencje, powstały oficjalne ligi w poszczególnych krajach etc. wszystko poza samą serią poszło do przodu. To dość przykry obrót spraw, zwłaszcza gdy przypomnę sobie jak w PESie 3 mogłem swoim Newcastle United postawić się absolutnie każdej drużynie a w szóstej części nie ma nawet co o takich akcjach myśleć. Tak tą grę zaprojektowano, że najważniejsze statystyki to balance, shot power i speed – galaktyczne teamy, które mają je wyżyłowane są nietykalne dla reszty drużyn. Doszło do takiej sytuacji, że zbanowano na turniejach Inter Mediolan i Brazylię przez Adriano, bo ze swymi ‘kreskami’ stał po prostu ponad wszystkimi. Obrońcy pokroju Nesty i Stama byli przez niego odpychani jedną ręka, po czym robił kroczek, drugi, oddawał strzał i piłka lądowała w siatce – strasznie osłabiło to ducha gry. Dzieciaki się cieszyły, że mogą sobie wybrać Barcelonę i gnębić każdego po paru meczach, dobrze to wpłynęło na przystępność serii – PES6 w tydzień sprzedał się w ponad 3mln egzemplarzy – ale na nic poza tym. Brutalnie uproszczono system na który KCET pracował lata, niby można było ciągle grać finezyjnie, ale po co, skoro przeciwnik w odpowiedzi zrobi dwa podania, przepchnie obrońcę i strzeli wyrównawczą bramkę? nadmierny wysiłek przestał się opłacać.
Dobiciem okazała się wersja z dopiskiem 2008 (skończono z numeracją serii, teraz będzie dodawany rok z którego jest edycja). Ta gra mnie odrzuciła od PESa… aż wstyd pisać, ale naprawę po tylu wspólnych latach odechciało mi się grać.
Super skuteczne rzuty rożne, dziwny drybling (raz się jedzie pół boiska raz nikogo nie można przejść), loteryjne strzały i obecność nadludzi. Poprzednio był Adriano, teraz boskich zawodników jest aż nadto, balance wydaje się być jeszcze ważniejszą statystyką a moje próby strzelenia bramki Buffonowi przejdą chyba do historii.
Mimo iż piłki Konami mają ciągle większą moc od jakiejkolwiek konsolowej adaptacji gry zespołowej, to osiadły na laurach. Niestety im większe zyski zaczęły przynosić tym mniejszą wartość sobą reprezentują.

Kochasz football? Wiesz w co grać

Paradoksalne jest to jak bardzo można spłycić grę, oferującą tak głęboki system rozgrywki. Każda część zawsze przynosiła, choćby malutkie rozszerzenie możliwości sterowanego zawodnika, co sprawiło, że obecnie system PESa jest prawdziwym molochem. Co najważniejsze, odbywało się to bez jakichkolwiek ‘automatycznych’ zagrywek – każdy trik czy zagranie specjalne wymagały choćby trochę zaangażowania manualnych zdolności grającego. Zwykłe markowanie strzału ewoluowało przez lata w rewelacyjny sposób. Można teraz wykonać jeszcze podwójne i potrójne (!!) markować uderzenie, ewentualnie zrobić tak hardkorowy manewr przed bramkarzem jak zamarkować jedną nogą uderzenie a drugą elegancko strzelić lobem – potęga. Ustawiając piłkarza odpowiedniej pozycji uderzymy z krzyżaka. Od tego w którą stronę zakręcimy gałką analogową zależy, przy której nodze będzie piłka po wykonaniu pivota (popularna ‘marsylianka’). Możemy sobie też podbić futbolówkę na wysokość kolan i sieknąć z woleja, lub tak wysoko by przerzucić i wyprzedzić nadbiegającego obrońcę, zastawiać się ciałem, że o wykonywaniu sidestepów o różnej ‘głębokości’ nie wspomnę bo to chyba oczywiste, prawda?

Nawet takie nieistotne dla laików szczegóły jak wybór czy piłkarz ma strzelać ‘normalnie’ czy wewnętrzną częścią stopy zostały uwzględnione (a to jak to zmienia efekt strzału wie każdy kto choć trochę nabiegał się za prawdziwa piłką na boisku). Płynna zmiana nogi przy której prowadzimy piłkę także daje pole do popisu Uwzględniono robienie zwodów w miejscu, branie na plecy przeciwnika przy walce o górną piłkę, wybór tego z jaką wysokością i szybkością chcemy wykonać lob, przepuszczanie piłki pod nogami zamiast jej przyjęcia i oczywiście zakładanie siatek.

Już kończę wypisywać te nic-nikomu-nie-mówiące zagrania, tylko wspomnę o tym, że stojąc plecami do bramki, można strzałem piętą przelobowac bramkarza, moc najczystsza, – ale tylko dla wybranych. Tajniki sterowania i płynne opanowanie każdej z technik to nie jest zajęcie na dni czy tygodnie, tu trzeba proszę państwa ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz trenować. Ile jest sposobów wykonaniu rzutu wolnego to strach wyliczać (naliczyłem na szybko 38 możliwości oddania takiego strzału).

Co by więc złego nie napisać o grze Konami to i tak będzie kolosem, obecnie dość kulawym ale miejmy nadzieję, że się jeszcze rozpędzi tak by niszczyć wszystko na swej drodze. Takich zaniedbań jakie poczyniono w ostatnich latach nie można tolerować, ale wierzmy, że Seabass wróci do formy i już szykuje dla nas coś absolutnie świeżego, dokonując takiej rewolty w czytnikach konsol jak to robił przy przejściu z 32 na 128bitów. Bo PES zdycha drodzy państwo a to jedyny pan który może coś na to poradzić, trzymajmy kciuki za to by dał radę.

Chyba, że się nic nie zmieni i ‘starzy fani’ wciąż będą na niego narzekać. Co do zielonych w temacie, mających jeszcze przed sobą swój pierwszy PESowy strzał z woleja – kupujcie PES2008 i bawcie się dobrze, ale pamiętajcie, że to co najlepsze seria już pokazała i utraciła dawno temu.

cascad

Reklamy

7 uwag do wpisu “Co z tym PESem?

  1. Fajnie o ISSach i PESach, a wersja nowego PESa na ps3/x360 może daje ciała…
    Ale wg mej opinii PES 2008 na PS2 to gra bardziej dopracowana (jeśli chodzi WYŁĄCZNIE o rozgrywkę) niżeli PES6 i sprawia mi masę przyjemności. Choć irytuje mnie strasznie brak licencjonowanych lig, zespołów, coraz mniejsze przykładanie się do wyglądu zawodników.. O aktualnych i prawdziwie oddających rzeczywistość statsach nie wspomnę. Ja chciałbymby Adriano miał statsy takie, które oddają zarówno jego ostatni sezon jak i umiejętności, a nie są jedynie marzeniemtwórcy statystyk o maxymalnej jego formie -_-. Chciałbym Serie A, Champions League, World Cup.. Niech będzie wszystko co jest w fifie.. prócz rozgrywki.

  2. Ja muszę się przyznać , że styczność z PES mam tylko kiedy idę do kumpla albo kumple przychodzą do mnie ( co niestety ma miejsce coraz rzadziej ) . Zabawę mamy wtedy nieziemską . Na prawdę emocję kiedy gramy we 4 są genialne ( jesteś sam na sam z bramkarzem a nad uchem drą ci się 3 mordy. Miodzi 😉 ) .
    Nie lubię gier sportowych ale na prawdę to co dostarcza PES kiedy gra się we 4 na jednej kanapie warte jest każdej złotówki wydanej na tą grę .

  3. Ach zazdroszczę Ci, że mogłeś spędzić z tą serią tak piękne chwile. Pamiętam kiedy kuzyn jeszcze na PSXie włączył mi ISSa to osłupiałem. Mimo, że nie jest fanem piłki zawsze go męczyłem abyśmy pograli. Zakochałem się w tej grze. Niestety sam konsoli nie miałem i grałem na PCie. Chociaż wychowałem się na FIFIe 99 to kiedy wyszedł PES 4 zacząłem być wyznawcą króla od Konami, a mimo jak twierdzisz, ze był to początek końca tych najlepszych czasów. Niestety Pro Evo idzie w stronę komercji, ale przecież nie zacznę grać w FIFE, ale piłka od EA cały czas podąża w lepszą stronę, a Konami spoczęło na laurach i nie wiem na co czeka. Może jednak następna edycja będzie powrotem do korzeni, prawdziwym przełomem? Oby, bo grając w PESa 6 na 360 po multi czerpałem z tego dużo radości, i szkoda, że nie doświadczyłem tego co dawał PES 1,2 i 3.

  4. Wow… Chłopie – jestem pod wrażeniem… Gościa, który z piłką ma tyle wspólnego, co Cooking Mama z hadcore’em, a z gier sportowych toleruje jedynie żeglarskie symulatory, nakłoniłeś do przeczytania tej „historii upadku” Soccera… Kurcze – jeszcze raz gratuluję – artykuł napisany profesjonalnie, ale z uczuciem. 🙂

  5. Nic dodać, nic ująć. Jakbym czytał swoje przemyślenia. Dla mnie i tak najlepszą częścią serii będzie Winning Eleven 6. Jest to japońska wesja PESa2, ale jakże bardzo od niej inna. Jak dla mnie miała najlepszy system ever i szkoda, że nie był on rozwijany. PES2 był przy niej po prostu drewniany! Pozdrawiam kibica Newcastle. Widzę że nie jest nas wcale aż tak mało 🙂

  6. Oj nie jest! Sroki jeszcze kiedyś coś zdobędą, trzeba wierzyć. Ah piękne to byly czasy gdy tą drużyną można było w PESie największych zaskakiwać, szkoda że teraz statystyki piłkarzy liczą się bardziej niż skill gracza.

  7. Potwierdzam , bardzo dobry artykuł 🙂 zapomniałeś dodać o wspaniałym komentatorze w ISS 1 i 2 , którty jak nigdy przeżywał każdą akcje : GOOOOOL 🙂 juz tego nie doswiadczymy … zawsze się mówiło że w ISS nie zrobisz dwa razy takiej samej akcji .. mozna by pisac wiele o poprzednich częsciach ale po co , lepiej zagrac 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s