Lost in Translation

Co czujecie patrząc na film krzyczący ze swej okładki tym jakie otrzymał nagrody? Tym, że ma na koncie Oscara i 3 złote globy na przykład? Mnie osobiście to ani trochę nie zachęca do jego sprawdzenia. Dawno temu, za czasów zgarniania przez Titanica ‘wszystkiego – wszędzie’ przestałem wierzyć w statuetki, zacząłem uważać je za oznakę chały i przereklamowania.
Jednak raz na jakiś czas przymykam oko na te pseudo ‘znaki jakości’, by dać szansę jakiemuś filmowi. Przypadek sprawił, że w przypływie takich dobrych uczuć wypatrzyłem „Między słowami”. Szybko przeliczyłem bilon w kieszeni i zadecydowałem, że stać mnie na zaryzykowanie tych dwudziestu złotych. Jakiś czas potem zerwałem folię z pudełka, dziewiczo poobracałem płytkę i uruchomiłem DVD, tak naprawdę nie wiedząc czego się spodziewać po ‘Lost in Translation’…

Pierwszym co zobaczyłem było bardzo ładne i długie ujęcie apetycznej pupy Scarlett Johansson, poczułem wtedy, że inwestycja była udana 😉 Seans wita widza powolnymi i leniwymi kadrami, ukazującymi Tokio w sposób zawieszony, lekko ‘rozmazany’, bardzo klimatyczny. Ich obserwacja działa w dość hipnotyczny sposób. Złapałem się na tym, że bardzo szybko wyrzuciłem z głowy wszelakie myśli dnia powszedniego, skupiając się tylko i wyłącznie na chłonięciu obrazu, tracąc poczucie czasu i nie odbierając dzwoniącego telefonu.
Miasto okazuje się pełnoprawnym bohaterem filmu, jego integralną częścią. Stolica Japonii (Kyoto też się pojawia) staje się miejscem spotkania dwójki strasznie zagubionych ludzi. Ludzi którzy musieli przelecieć tysiące kilometrów, zmienić strefę czasową oraz pojawić się w całkowicie egzotycznych dla siebie realiach by pojąć jak bardzo są samotni.
Bob jest podstarzałym aktorem, właściwie u kresu kariery. Do kraju kwitnącej wiśni przybywa czysto służbowo by wziąć udział w kampanii reklamowej whiskey. Charlotte to młoda mężatka, tuż po skończeniu studiów. Jej mąż jest wziętym fotografem, który właśnie dostał zlecenie w Japonii. Poleciała wraz z nim bo najzwyczajniej nie miała nic innego do roboty , bo w ten sposób mogli być razem… nie spodziewała się jak bardzo odwrotny efekt przyniesie podróż. Całe dnie spędza samotnie w hotelowym pokoju lub włócząc się po, wbrew pozorom, hermetycznym Tokio. Tokio w którym nie może się odnaleźć, pędzącym przed siebie, nie zważającym na chcącą zwolnić amerykankę. Bob skazany jest na to by całe dnie spędzać z przesadnie miłymi ludźmi z którymi nie może się porozumieć, zdaje się więc na los zdecydowanie mało profesjonalnej pani tłumacz. Jest tym zmęczony, może nawet zażenowany, staje się ‘japanderem’ – medialną małpką robiącą co tylko trzeba by spełnić warunki kontraktu i zainkasować gruby, azjatycki przelew. Robienie z siebie takiej marionetki pogłębia w nim tylko chęć ucieczki z Honsiu.

Traf chce, że razem z Charlotte zamieszkują w tym samym hotelu, walcząc z bezsennością w tym samym barze. Ukazanie ich spotkania, przy kieliszku i papierosie ani trochę nie przyspiesza tępa akcji. Wręcz przeciwnie w sposób senny, odcięty od rzeczywistości, całkowicie zwyczajnie siadają koło siebie dwie bratnie dusze. Wdzięk wydobywający się z każdego ich dialogu, często urwanego, zwykle kończącego się nie-krepującą ciszą momentalnie oddziałuje na widza. Przenosimy się wraz z nimi w stan zawieszenia w otoczeniu wielkomiejskiej wibracji. Bo tu nie chodzi o przytłoczenie ale o czucie się obco, jak osoby z zupełnie innego świata (bo właściwie tacy są) będące w miejscu do którego zupełnie nie pasują.

Okazuje się, że oboje mają podobne problemy, że gdzieś w życiu zboczyli z dobrego szlaku i nie wiedza jak na niego wrócić. Ta samotność skłania ich ku sobie, w tym świecie wariatów tęsknią za osobą z którą mogliby pobyć nie czując zażenowania. Zaczynają więc razem krążyć po Tokio, wypadać na imprezy, karaoke, do restauracji… Nawiązuje się jedna z najpiękniejszych przyjaźni jakie można było w ostatnich latach zobaczyć na ekranach. Czy jest to miłość? Właściwie nigdy się tego nie dowiemy, Sofia Coppola pozostawia wiele miejsca dla domysłów. Nie zawarła w filmie skomplikowanych dialogów czy niesamowitych zwrotów akcji, za to pokazała nam we wręcz poetycki sposób relację dwóch bardzo podobnych a jednak bardzo różnych osób. Emocje wydobywają się z każdego ujęcia, kadru, z każdego gestu i spojrzenia. Bill Murray wraz ze Scarlett Johansson zagrali wręcz rewelacyjnie, pokazując poziom dla większości nieosiągalny. Za te role bezwzględnie należy im się wieczne uznanie. Naturalność postaci momentalnie wzbudza sympatię (zresztą większość scen było inscenizowanych na bieżąco), nie są czarni, nie są biali, są ludźmi. Ludźmi niezwykłymi, ale w ten sposób w jaki każdy z nas jest niezwykły, stanowiąc niepowtarzalną jednostką w całej historii świata. Zaprawdę fani wielkiego aktorstwa rozpłyną się przy seansie ‘Lost in Translation’.

Obraz tak bardzo ‘ludzki’ musi zawierać i elementy komizmu, każdego przecież spotykają codziennie choćby małe radości, odrobina śmiechu, całkowitego luzu. Komediowe zdarzenia dają tu o sobie znać w mistrzowsko subtelny sposób. Nie jest to humor w stylu tego po którym zwijamy się ziemi jak zaskroniec czy też parskamy jak koń Napoleona, tylko ten wywołujący uśmiech w sercu, skryty, osobisty, wprawiający w naprawdę dobre samopoczucie… chciałem uniknąć tego słowa, ale ‘uroczy’ pasuje chyba najbardziej do jego opisania. Jest taki, że będziemy się świetnie bawić, jednocześnie nie budząc sąsiadów swym podłym rechotem.

Tak naprawdę jest to film, w którym nie dzieje się za wiele i nie mówi się za wiele, a jednak pochłania widza. Teatr dwóch aktorów, którym za scenę służy obca metropolia. Przy tej mieszance obyczajowej i komicznej formy (na tyle, na ile komiczne może być zagubienie i samotność) ciężko nie poddać się uczuciom które wyzwalają kolejne minuty. Mi osobiście do tego stopnia udzielił się klimat tej historii, że gdy już się skończyła nie byłem w stanie określić ile tak właściwie trwała. Godzinę, dwie a może półtora? Naprawdę ciekawa sprawa. Teraz oczywiście znam odpowiedź na to pytanie (sprawdziłem z tyłu opakowania), ale wam jej nie zdradzę, może sami zechcecie sprawdzić czy tak na was zadziała.

Chciałbym jeszcze przytoczyć wypowiedź, Sofii Coppoli, autorki scenariusza i reżyserki – moim zdaniem bardzo celnie opisuje ona myśl przewodnią, towarzyszącą pracy nad ‘Lost in Translation’:

„Mogę tylko powiedzieć, dlaczego chciałam zrobić ten film: marzyłam o tym, by opowiedzieć o mojej miłości do Tokio. Poza tym film mówi o tych momentach w życiu, które, co prawda, są wspaniałe, nie trwają jednak długo. Zmieniają jednak Ciebie i całe Twoje życie”.

Czy polecam? A czy ktoś ma jeszcze co do tego wątpliwości? Jeżeli tak, to go upewnię: jest to kino stylowo nakręcone, genialnie zagrane, oryginalne i unikatowe – takie jakie powinno się znać. Warto czasem oderwać się od robionych na jedno kopyto baśniach fantasy czy filmów akcji z hip-hopem w tle by obejrzeć taki film. Film w którym kobieta i mężczyzna piją wino w łóżku, w środku nocy i nie kończy się to zdarciem z siebie ubrań na wiwat tylko położeniem się koło siebie by porozmawiać, tak po prostu, tak zwyczajnie…

Zdaję sobie sprawę, że taki typ produkcji nie musi porwać każdego i nie każdemu muszą się udzielić emocje postaci z ekranu – tylko dlatego dodaję minus do oceny. Osoby, które poczują ten rytm, styl i wizję pewnie poprą tą dziesiątkę. Trzeba sprawdzić.

cascad

Reklamy

9 uwag do wpisu “Lost in Translation

  1. Rzeczywiście „Lost in traslation” jest genialnym filmem. To co mnie w nim urzekło najbardziej to ten specyficzny klimat, który wielbię, to portret miasta i najszczególniej fakt, że nie ma w nim zbyt wielu słów. Sama film oglądałam znajdując się w takim innym świecie na podobieństwo bohaterów, co jeszcze bardziej na mnie podziałało. Coppola, Johansson i Murray zrobili kawał dobrej roboty, wzbogacili współczense kino o dzieło, które, jak sam napisałeś, warto zobaczyć. Cieszę się, że miałam okazję ten film oglądać.

    Swoją drogą, świetna recenzja, Arku 🙂

  2. Dyszka w pełni zasłużona dla tego dzieła. Film magiczny, ani trochę tak naprawdę nie nużący, piękny… Jeden z moich ulubionych filmów. A recka b.dobra, niemal w pełni się zgadzam z każdym zdaniem w niej.

  3. A mnie znudziło. Żałowałam czasu spędzonego w kinie pomimo tego, że to nie ja stawiałam seans. Poza fantastycznymi zdjęciami miasta i okolic w filmie nie było NICZEGO, co mogłabym określić jako „fajne”.
    Nie- polecam.

  4. Wspaniały film, naprawdę! Mówię tak ja, mówią tak moi znajomi, którzy film obejrzeli!

    A recenzja po prostu świetna – profesjonalizm aż z niej bije, a zarazem – czyta się ją doskonale. 🙂
    Jeśli mogę coś zasugerować – zachęcam do obejrzenia niedawnego „Choć Goni Nas Czas”. Dla mnie jest to równie doskonałe dzieło, a chciałbym poznać Twoje zdanie. 🙂

  5. Pingback: Słodkie Życie/ La Dolce Vita « Peace Grenade

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s