Mystery Dungeon: Shiren the Wanderer

Zastanawialiście się kiedyś ile gier przez lata swego zauroczenia konsolami i PC (i ta platforma miała swoje wzniosłe chwile) pominęliście? Ile tytułów przeszło wam koło nosa w taki sposób, że nawet nie zdajecie sobie sprawy z ich istnienia? Ja jako gbur czołowy myślałem, że w czym jak w czym ale w grach to się orientuję i ciężko będzie mnie zagiąć w tej materii. Ostatnio jednak w ręce wpadł mi bardzo niecodzienny DS’owy tytuł – Shiren the Wanderer. Nie dość, że niecodzienny to jeszcze naprawdę grywalny i wart rozgłosu, przykuł mnie do dwuekranowej konsolki niczym pół litra wody ognistej do fotela . Jest to taki RPG w jakiego zawsze chciałem zagrać, pozwalający poczuć się prawdziwym włóczykijem przemierzającym dziewicze krajobrazy. Po głębszym zbadaniu sprawy okazało się, że to konwersja gry z 1995 roku wydanej na SNESa…. tyle lat żyłem w nieświadomości, że tak konkretny tytuł jest praktycznie na wyciągniecie ręki (a raczej emulatora). W sumie to już nie ważne, ważne, że obecnie nawet na kibelku mogę szukać El Dorado!

Jako poszukiwacz skarbów Shiren (pozbawiony praktycznie cech charakteru, tak że gracz czuje iż sam przybywa wędrówkę, dokonując po drodze wielu wyborów), w towarzystwie jednej z ostatnich mówiących łasic – Koppy przebywamy lasy, wioski, podziemia i wyżyny feudalnej Japonii w poszukiwaniu legendarnego skarbu. By to zrobić musimy coraz lepiej poznawać środowisko gry. Prostota po raz kolejny okazuje się rozwiązaniem górującym nad zbytnim skomplikowaniem i wydumaniem na siłę – mamy jasny cel i jasne zasady, brakuje tylko jasnej góry.

Charakterystyczną cechą MD:StW jest niepowtarzalność każdego podejścia do gry – układ dungeonów oraz znajdowanych w nich przedmiotów i liczba wrogów za każdym razem się zmieniają. Jest to fakt o tyle ważny, że każdą miejscówkę odwiedzimy spoooro razy. Autorzy w dość ciekawy sposób osiągnęli efekt tego, że to nie Shiren a gracz musi nabierać doświadczenia podczas wędrówki. Przejście gry z miejsca ‘na raz’ jest bardzo ciężkie, ponieważ naszemu bohaterowi stracić życie przychodzi dość łatwo a wtedy CAŁE skrzętnie podnoszone statystyki i skompletowany sprzęt… znikają, powracając do statusu quo – do zera. Niecodzienne to rozwiązanie, na pewno nieprzyjazne dla obecnie rosnącego pokolenia casuali (‘niedzielni gracze’). Osoby przyzwyczajone do luksusu, prowadzenia za rączkę i ciągłych podpowiedzi, mogą się odbić od tego old-schoolowego systemu rozgrywki. Jedna pomyłka i nie ma zmiłuj – ruszamy od nowa.
Co weselsze – system zapisywania gry został tak przemyślany, że nie można oszukiwać z ciągłym save/load. Oznacza to, że gdy w środku przygody wpadniemy w zasadzkę i zdarzy nam się porażka, trzymając w rękach miecz zdolny przeciąć mur chiński, gra nieubłaganie przenosi nas do pierwszej wioski z wyczyszczonym kontem, prawie…
Prawie, bo tu swą moc zaczyna pokazywać ten niepozorny kawałek kodu. Otóż wszystkie postaci które spotkamy po drodze, którym pomogliśmy, porozmawialiśmy… zapamiętują nas! Przy kolejnym ich odwiedzaniu już cieplej nas witają, zaczyna się tworzyć ‘wspólnota podróżników’, gracz czuje że wraca do miejsc znajomych i przyjaznych, zaprawdę efekt rzadko spotykany (z czasem mogą się nawet do nas przyłączyć).

Ponieważ każdy przedmiot który zbierzemy po drodze swoje waży, Shiren potrzebuje siły by dźwigać swój tobołek, czyli potrzebuje jeść. Podczas podróży każdy krok kosztuje go sporo sił. Zaopatrzenie się przed wyruszeniem na podbój kolejnego odludzia, to podstawa. W każdej osadzie zawarto specjalne miejsca pozwalające nam zostawiać sprzęt na kolejne podejście. O co chodzi? Gra naprawdę polega na przemierzaniu po parę razy tej samej drogi i aby sobie to ułatwić, możemy w wybranych chatkach zostawić sprzęt etc. który po ‘śmierci’ bohatera (jak już wspominałem, tracimy wtedy wszystko mamy przy sobie) będzie na nas czekać przy ponownym zawitaniu do wioski. Czy go weźmiemy czy nie to już nasz wybór, może sobie tam jeszcze poleżeć i dopiero przy kolejnej próbie przechodzenie go zawiniemy.

By dotrzeć do końca wyprawy należy więc przebywać drogę wiele razy, poznawać złowrogie środowiska i wyszukiwać nowych przedmiotów. Najzwyczajniej zdobyć doświadczenie podróżnika, wyczuć jak dobrze grać, znaleźć metody przetrwania, uczyć się na swych błędach. Każda wyprawa daje nam inne pieniądze, znajdujemy inne przedmioty, należy wszystko tak zoptymalizować by skupić cale siły na ostatnie podejście i nareszcie dotrzeć do skarbu, który nawet Jazona by zmusił do kolejnej wyprawy.

MDStW to pozycja dla ludzi lubiących bawić się grą, poznawać jej środowisko i czujących miętę do opowieści o podróżach w nieznane usłyszanych za czasów dziecięcych. Lekkie dźwięki fletu, przejrzysta grafika, wyraziste barwy i malutki podróżnik z wielkim kapeluszem przenoszą do cudnego, tajemniczego świata z lekką nutką fantasy. Japońskie lasy, przełęcze, trakty wszystko wygląda tak, że aż chce się po nich krążyć. System walki jest ‘klasycznie rozbudowany’ – turowy, udostępnia wszystkie klasyczne dla gatunku komendy a pojedynki rozgrywane są szybko, sprawnie i bez zgrzytów. Kontrowersje, fajerwerki, szampany, teorie spiskowe i miłosne melodie – tego grze Chunsoftu brak, ale i bez tego pokazuje że można zrobić coś na długo zapadającego w pamięć, klimatycznego i oryginalnego. Sposób rozgrywki jest na tyle prosty do zrozumienia i przystępny, że po poświęceniu mu godzinki każdy powinien się do Shirena przekonać. A gdy już się zauważy jego elastyczność i głębię, to powinno się także zauważyć, to jeden z najbardziej zaawansowanych rpgów na mobilne konsole.

A właśnie – będąc przy konsolach. Nie da się ukryć, że developer ucelował sobie platformy Nintendo jako idealny dom dla swego poszukiwacza przygód w kapeluszu XXXL. Najpierw SNES, potem GameBoy, Nintendo 64 (seria nie wychodziła poza Japonię) teraz NDS, a zbliża się jeszcze wersja na Wii. Miejmy nadzieję, że przyniesie ona sławę serii bo jest tego warta. Niżej możecie obejrzeć trailer z Tokyo Game Show:

Niedługo nie będzie różnicy czy gra się wpatrując w dwa ekrany czy machając gruszką przed telewizorem – będzie można spróbować kontaktu z Mystery Dungeon. A uwierzcie próbować się opłaca, chęć zobaczenia legendarnego skarbu i feeling wędrówki potrafi oderwać od największych hitów. Do zobaczenia w złotym mieście.

PS Na zimę tego roku (Japonia) zapowiedziano już drugą część Shirena, będzie to DS.’owy remake drugiej części jego przygód z GameBoya Color. Tym bardziej, więc warto zapoznać się z ‘jedynką’ i wyczekiwać kontynuacji. W takim klimacie jeszcze po Nipponie się przecież nie krążyło.

cascad

Reklamy

9 uwag do wpisu “Mystery Dungeon: Shiren the Wanderer

  1. Gierką udało Ci się mnie zainteresować ale zagrać nie zagram – brak DSa i brak chęci jego zakupu;) Nie żebym miał coś do DSa, po prostu kieszonsolka nie jest mi potrzebna, poza domem nie miałbym czasu i okazji na niej grać a w domu preferuje „dorosłe” konsole;)

  2. Cóż – w samą grę nie ciąłem… Ale jeden ze screenów rzuca momentalne skojarzenie – Izuna – Legend of Uneployed Ninja. Cóż – fajny sposób rozgrywki (cuś pomiędzy czasem rzeczywistym a turami), ale jeśli polegać ma to na tym samym, na czym opierała się zabawa w tamtym tytule (100 razy wchodzisz do 1 dungeonu by pójść krok dalej), to podziękuję.

    Mimo pewnych uprzedzeń – spróbuję. Choćby ze względu na to, że Izuna przykuła mnie do ekranu właśnie taktycznym podejściem do tematu. Dziwi mnie tylko, czemu gry tego rodzaju charakteryzują się tak zacofaną oprawą…?

  3. Pingback: Ballada o krótkim RPG vol. 2 « Peace Grenade

  4. Pingback: Sprawa Shirena « Ramzab's Blog

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s