Zły dotyk…

Każdy, nawet najbardziej wytrzymały kontroler kiedyś się zużyje – co do tego nie ma wątpliwości. Od lat borykamy się z wytartymi gałkami, pękniętymi obudowami, czy wyrwanymi przewodami. Co jednak, gdy owe narzędzie wbudowane jest w konsolę na stałe, jego wymiana nie jest prosta i bezinwazyjna, a na dodatek… stanowi element wyświetlający grafikę…? Wówczas pojawia się istotny dylemat: „mieć, czy grać?”. 10 prezentowanych w tym zestawieniu gier z pewnością nie nadaje się dla zwolenników tej pierwszej opcji.

#10 – Legend of Zelda: Phantom Hourglass

Kochany Link nie zerwał z tradycją i po raz kolejny odwiedził kieszonsolkę Nintendo. Idąc z duchem czasu, postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji i nieco bardziej dosłownie oddać się w ręce gracza. Efekt? Piekielnie dobra, piekielnie prosta i piekielnie krótka gra, która jednak na długo pozostawia wspomnienia zarówno w pamięci gracza jak i na ekranie dotykowym jego konsoli. Przemierzając kolejne wyspy i labirynty, wszelkie akcje wykonujemy stylusem, przez co zbyt zamaszyste smagnięcie mieczem zazwyczaj kończy się delikatną rysą na T-screenie. Na szczęście system bardzo dobrze radzi sobie z interpretacją naszych ruchów i już po niedługim czasie przyzwyczaja gracza do ograniczonego nacisku z jakim szoruje, wskazując zielonemu elfowi drogę.

Czy warto? – Jasne! Na „nagim” ekranie uniknięcie jakichkolwiek zarysowań graniczy co prawda z cudem, jednak produkcja jest naprawdę przednia, a poważniejszych zniszczeń można uniknąć dzięki dopracowanej mechanice gry i dodatkowym zabezpieczeniom.

#9 – Mario Hoops: 3 on 3

Na przekór rozmiarowi swego mięśnia piwnego, wąsaty hydraulik co i rusz udowadnia że sport nie jest mu obcy. Tym razem na konsoli przenośnej N pokazuje „jak to robią biali”, słowem – wraz z całą resztą wesołej kompanii trenuje osobliwą wersję ulicznej koszykówki. Równie osobliwe jest tu sterowanie – zawodnikiem kierujemy za pomocą krzyżaka, podczas gdy rysikiem odbieramy przeciwnikowi piłkę, wyprowadzamy rzuty, podania i zwody. Gwoździem do trumny dla ekranu DSa jest tym razem fakt, że poprzez ilość uderzeń stylusem regulujemy też… tempo kozłowania. W trakcie szybkiej rozgrywki prowadzi to do utrudnień w wyczuciu odpowiedniego nacisku, przez co często przy długich pociągnięciach (odpowiadają one przede wszystkim za podania i rzuty) stylus pozostawia na ekranie rysę. Dodatkowych frustracji dostarcza też kiepsko działający system rozpoznawania poleceń, który nerwowych graczy może skutecznie zachęcić do nauki gry w kosza własną konsolką…

Czy warto? – Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mario Hoops: 3 on 3 nie jest produkcją najwyższych lotów, a w dodatku wyjątkowo brutalnie obchodzi się z ekranem. Jeżeli nie należysz do grona pedantów i nie boisz się kilku(nastu) rysek na ekranie, jesteś wyposzczonym fanem wielobitowej koszykówki oraz dodatkowo nie zrażają Cię postaci z uniwersum olbrzymich halucynków – łykaj ten tytuł śmiało. Jeśli jednak jest inaczej – poszukaj bezpieczniejszego „sportu”.

#8 – Metroid Prime: Hunters

Oczekiwania względem tego tytułu były olbrzymie. To on pokazać miał pełną moc konsoli zarówno od strony zastosowania T-screena, jak i tej czysto technicznej. Czy sprostał wymaganiom – to musicie ocenić już sami. Lepiej być przy tym jednak ostrożnym, gdyż aktualnie najszybszy FPS na DeSce pozostawia w stanie technicznym handhelda stały uszczerbek. Największy problem polega na tym, że zajęci grą, nawet nie zauważamy, jak ekran dotykowy stopniowo zapełnia się niewielkimi ryskami – i gramy dalej, by tuż po zakończeniu zabawy rzucić w stronę mikrofonu soczystym mięchem. To, co sprawia że DeeSowy Metroid nie nadaje się do gry bez zabezpieczenia, tkwi również w – jak mniemam, kiepsko wyważonej kalibracji nacisku: jeśli po ekranie wodzimy naszym patyczkiem nie dociskając go naprawdę solidnie, postać obraca się w „rwany” sposób, bądź podskakuje (system wykrywa jedynie dwa błyskawiczne, następujące po sobie tapnięcia). Do tego dochodzi szybki charakter głównego smaczku tej produkcji, trybu multiplayer, który nam dostarcza praktycznie nieskończonych pokładów grywalności, a ekranowi dotykowemu tyleż samo męczarń.

Czy warto? – Zdecydowanie tak, ale przedtem należy zaopatrzyć się w folię ochronną. Granie przez WFC może i jest przemiodne, ale bez tego wyposażenia zabawa może być katastrofalna w skutkach.

#7 – Rub Rabbits

Prequel zwariowanego Project Rub/Feel The Magic XY/XX zachował klimat pierwowzoru: wciąż jest to zbiór zdrowo zakręconych minigierek. Szczątkowa fabuła o nieudolnym podrywaczu stanowi tylko pretekst do pełnej eksploatacji możliwości DeSki. W stosunku do poprzednika, poziom trudności poszybował jednak w górę a wiele epizodów wymusza na graczu podejmowanie jeszcze dynamiczniejszych akcji. Wszystko to sprawia, że w krytycznych momentach, produkt Sonic Teamu pozostawia na touch screenie prawdziwe spustoszenie.

Czy warto? – Jeżeli po raz pierwszy stykasz się z tą serią – zacznij od części pierwszej. Posiada bardziej wyważony poziom trudności, który pozwoli Ci mniej boleśnie dla konsolki wkręcić się w zwariowany klimat rozgrywki. Mimo to i tak przed zabawą warto wyposażyć się w folię ochronną…

#6 – Wario Ware: Touched!

Kolejny secik minigierek, jaki zdołał wcisnąć się do rankingu. Wario Ware po raz kolejny uderza na przenośne konsole Nintendo, przynosząc olbrzymie ilości krótkich, prostych jak drut i niesamowicie wciągających sekwencji. Borowanie zębów czy gaszenie płomieni sikającą figurką wymaga szybkich i niejednokrotnie niedbałych ruchów a to, rzecz jasna, sprzyja nieprzyjemnym konsekwencjom gry na DeeSie. W sytuacji gdy większość zręcznościowych przerywników trwa około pięciu sekund, trudno też mówić o spokojnemu godzeniu się na pożyczenie konsoli młodszemu rodzeństwu. Wario Ware: Touched! – mimo, że samym tempem minigierek nie dorównuje Rub Rabbits, atakuje nimi użytkownika z nieporównywalnie większą częstotliwością i bez uprzedzenia. Wprowadzony przez to, przyjemny dla gracza zamęt, nie służy dobrze ekranowi. Produkt odradzam osobom o słabych nerwach – Wario Ware nie przyniesie im zapewne nic poza frustracją i rozlicznym bliznom na dolnym ekranie ich konsoli.

Czy warto? – Na własną odpowiedzialność. Jedno jest pewne – osoby lubujące się w spontanicznych, żywych reakcjach w trakcie gry, powinny zakupić spawarkę i z jej pomocą przymocować metalowe wzmocnienia do newralgicznych punktów konsolki.

#5 – Looney Tunes: Cartoon Concerto

Następna po „Metroidzie” gra, w której ekran rysujemy stopniowo i „po troszeczku”.  LT: CC na pierwszy rzut oka przypomina Osu! Tatakae! Ouendan!, które w zestawieniu figuruje na podium. Od produkcji studia iNiS odróżniają ją jedynie licencjonowani bohaterowie popularnych kreskówek Warner Bros, tematyka muzyczna ukierunkowana zdecydowanie bardziej w stronę klasyki, oraz częściowo zmienione zasady. W przeciwieństwie do „Osu!”, tu zabawa polega nie na rytmicznym klepaniu w ekranik, a odpowiednio szybkim przemieszczaniu rysika w wyznaczone punkty (od biedy można to nazwać zabawą w dyrygenta). Wbrew pozorom, ogranicza to nieco zużycie ekranu dotykowego, jednak i tak dłuższe sesje odcisną na nim swoje piętno. Wymachując „batutą” w postaci stylusa, możemy być pewni że niezabezpieczony ekranik wkrótce pokryje się nieestetyczną pajęczyną.

Czy warto? – Trudno jednoznacznie to stwierdzić. Z jednej strony, Cartoon Concerto w sposób przyjemny zaznajamia gracza z najsłynniejszymi utworami orkiestry symfonicznej oraz ich historyczną otoczką. Z drugiej zaś – sama gra nie należy do kanonu najmiodniejszych produkcji dostępnych na DSa. Zważywszy na pewne trudności, które mogą wystąpić w trakcie gry z folią ochronną na ekranie, z pewnością nie warto kupować tego tytułu w ciemno.

#4 – Guitar Hero: On Tour!

To po prostu musiało się stać – najsłynniejsza gra muzyczna ostatnich lat zwyczajnie nie mogła ominąć najbardziej casualowej kieszonsolki wszechczasów. Oryginalnym kontrolerem odpowiedzialnym za zmianę chwytów jest w tym przypadku diabelnie niewygodny grip, natomiast funkcję struny przejął touch screen. Do zestawu dołączony jest też rysik, stylizowany na kostkę, który najlepiej prezentuje się nad kominkiem… Że co? Że niby on do grania tam jest? Nieee, w życiu nie uwierzę, że czymś o tak cienkiej końcówce można w tak dynamicznej grze szorować po ekranie! A na serio: zakończenie „kostki” jest zdecydowanie zbyt ostre – przy standartowym rysiku dołączonym do handhelda, ten z zestawu GH wydaje się być specjalnie naostrzony przez jakiegoś złośliwego sprzedawcę. Precyzja? Ten tytuł w żadnym wypadku jej nie potrzebuje, a kosztować nas będzie tym więcej, na im wyższym poziomie trudności gramy.

Czy warto? – Tak, jednak duma prawdziwego Bohatera Gitary musi ustąpić pola zdrowemu rozsądkowi: bez zmiany rysika i zabezpieczenia w postaci folii ekran dotykowy w mgnieniu oka utraci pierwotną gładkość.

#3 – Ninja Gaiden: Dragon Sword

Zapewne niewielu spodziewało się, że Ryu Hayabusa – bohater soczystej siekaniny z X-boxa (potem także X360), kiedykolwiek pojawi się na którejś z „popierdółkowatych” konsol Nintendo. A jednak – młody Ninja masakruje, niszczy i wgniata konkurencję w twardo ubitą glebę, przy okazji dokonując bezbożnego mordu na ekranach dotykowych konsoli macierzystej. Sterowanie w stu procentach odbywa się za pomocą rysika, więc – podobnie jak w DeeSowej Zeldzie, w trakcie szatkowania zastępów wrogów bardzo łatwo jest porysować dolne okienko konsoli. Przyczyna, dla której to Dragon Sword jest produktem skrajnie niebezpiecznym, tkwi w diablo szybkiej rozgrywce w trakcie której rzadko kiedy możemy pozwolić sobie, by absorbowała nas taka „błahostka” jak pogarszający się stan T-screena. Niektóre ciosy i kombinacje (choć gra ilością tych ostatnich zdecydowanie nie grzeszy) wręcz wymagają od naszej konsoli poświęceń – nie ma wątpliwości, że osoby dbające o swój sprzęt bez odpowiednich zabezpieczeń nie mają w Ninja Gaiden: Dragon Sword czego szukać.

Czy warto? – Za wszelką cenę. Przenośny Ninja Gaiden to absolutnie pierwsza liga tego typu gier na NDS. Trzeba jednak liczyć się z tym, że niezabezpieczony ekranik po ukończeniu krótkiego acz bardzo treściwego wątku głównego będzie w opłakanym stanie. Ryju na handheldzie bigN ryje niestety nie tylko beret…

#2 – Elite Beat Agents/Osu! Tatakae! Ouendan!/
Moero Nekketsu Rhythm Damashii Osu Tatakae Ouendan 2

Trzy gry, jeden zestaw prostych jak drut, aczkolwiek zabójczych dla konsoli zasad – tak pokrótce streścić można wytwory studia iNiS. „Osu!” (i trzymajmy się tej nazwy, uniwersalnej zarówno dla oryginału wydanego w KKW, jak i fabularnie napisanej od zera, zrozumiałej dla nas konwersji) to genialna w swej prostocie gra muzyczna: w trakcie chwytliwych kawałków na ekranie pojawiają się kółka, które mamy za zadanie zbijać rysikiem, gdy obręcz wokół nich zaciśnie się. Brzmi niezbyt zachęcająco, jednak uwierzcie – stukanie po T-screenie w rytm „Łaj-Em-Si-Ej” to jedna z najbardziej wciągających czynności jakie można na DeeSie wykonywać. Niesamowicie szybka (na wyższych poziomach trudności) rozgrywka sprzyja zarysowaniom, a te nie tracąc nadarzającej się okazji, jak grzyby po deszczu pojawiają się na dolnym ekranie konsolki. Powiem bez ogródek: granie w „Osu!” bez jakichkolwiek zabezpieczeń czy zahamowań, to niemal pewna śmierć nie tylko dla poszczególnych elementów, ale dla całej konsoli. Mówiąc całkowicie serio, znam osoby, których DSy po którejś z nieudanych sesji w „Osu!” dorobiły się, erm… rozdwojenia jaźni. Po raz drugi w tym rankingu ostrzegam więc: jeśli jesteś typem  pieniacza, dwa razy zastanów się nad zakupem tej gry. Skutki nierozsądnego jej dawkowania mogą okazać się opłakane.

Czy warto? – Stoicy i posiadacze folii ochronnych (tudzież innych środków łagodzących) raczej nie mają nad czym się zastanawiać – EBA i obie części OTO to prawdziwe perełki i szkoda byłoby taką fontannę miodu sobie odpuścić. Furiaci i użytkownicy dziewiczych DSów – zachęcam raz jeszcze do przemyślenia sprawy kupna tej produkcji…

Button mashing, jak sama nazwa wskazuje, najczęściej uskuteczniany jest na padach, klawiaturach czy joystickach i prowadzi zazwyczaj do rozwalenia kontrolera w drobny mak. W tych dwóch przypadkach, choć elementy składowe różnią się (zniszczenia dokonujemy bowiem na ekranie i za pomocą rysika), efekt pozostaje ten sam. Doprawdy, trudno było mi wskazać, który spośród dwóch zwycięskich tytułów posiada bardziej destrukcyjne właściwości. Jedno jest pewne – przekazanie pięcioletniemu kuzynowi konsolki z którymś z poniższych tytułów w slocie, równe jest jej bezpowrotnej utracie. Cóż – lata płyną, a „olimpiady” – gatunek dawno już odstawiony do lamusa, dalej wiodą prym jako czołowi rozpierdalacze domowej elektroniki…

#1 – New International Track & Field ; Mario & Sonic at The Olympic Games

Dwa wyżej wymienione tytuły to zdecydowanie najgorsze, co może spotkać Waszą konsolę: są to tak zwane „olimpiady”. W praktyce oznacza to zestaw prostych sekwencji zręcznościowych, w trakcie których nasz zawodnik staje do walki o medal. Im szybsze i bardziej precyzyjne są nasze ruchy, tym lepszy wynik uzyska postać, zazwyczaj jednak wszystko sprowadza się do prostej zasady: szoruj, ile wlezie. Twórcy obu gier rzadko kiedy dają nam i naszej konsolce odpocząć – od święta w każdej z nich pojawiają się spokojniejsze dyscypliny. Jedna jaskółka wiosny jednak nie czyni, a biorąc pod uwagę szaleńcze tempo całej reszty, stanowi też marną pociechę. Mimo wielu różnic w strukturze i sposobie wykonania, obie produkcje cechują się niemal identycznym stopniem „ekranożerności”. Wypada jednak wspomnieć o jeszcze jednej (a w zasadzie dwóch) zagrożonej części handhelda – triggerach. Swego rodzaju hołdem oddanym tradycji, są sekwencje w których na zmianę klepiemy w L i R. Cóż – idea wirtualnego muzeum może i jest szczytna, jednak jej skutki mogą być tragiczne – sprężynki odpowiadające za powrót buttona na miejsce wieczne nie są i jeśli nasza kieszonsolka jest już wysłużona, dłuższa sesja w którymś z tych współczesnych button-masherów może doprowadzić do zepsucia mechanizmu. Obie gry to zdecydowanie największe „killery” dostępne na NDS. Szkoda, że w tym przypadku znaczenie tego słowa odbiega znacznie od potocznego…

Czy warto? – Moim zdaniem, nie. Ani Sonic, ani Mario, ani nawet Piramidogłowy nie zdołali przekonać mnie do czerpania przyjemności z katowania DSa, ani – tym bardziej, siebie. Jeśli jednak koniecznie chcesz spróbować któregoś z tych współczesnych dinozaurów, upewnij się że jesteś w posiadaniu zestawu folii zapasowych – niemal na pewno w trakcie gry stracisz kilka z nich.

Lepiej zapobiegać, niż leczyć… – Dziesięć powyższych tytułów to przypadki szczególnie drastyczne. Mimo to, ekran porysować można grając w dosłownie każdy tytuł w którym sterowanie odbywa się za pomocą stylusa. Najprostszy ze sposobów ochrony przed nimi, to folia ochronna: tania, dostępna w większości konsolowych sklepów. Przy zakupie warto jednak dowiedzieć się więcej o sposobie jej mocowania – wystrzegać należy się modeli z klejem, który po zdjęciu pozostawia paskudne i bardzo trudne do usunięcia ślady. Niezbyt ciekawą alternatywą, która mimo całej niewygody jaką ze sobą niesie sprawdza się doskonale, jest… patyczek do czyszczenia uszu. Metoda ta, stosowana jakiś czas temu przeze mnie, jest o tyle dobra, że z czasem pozwala… pozbyć się rysek na T-screenie (smyrając miękką końcówką, szlifujemy zarysowane powierzchnie). Największą wadą jest jednak zbyt duża giętkość. Można się do tego co prawda przyzwyczaić, jednak patyczek nigdy nie da nam takiej kontroli nad grą, co rysik. W przypadku szczególnie głębokich zarysowań, pomóc mogą rozmaite pasty polerskie, środki do wypełniania ubytków a nawet… pasta do zębów! Ale to już chyba temat na zupełnie inną opowieść…

boromi

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Zły dotyk…

  1. Przesadzasz . Jestem już po praktycznie wszytskich tych tytułach, konsolkę mam prawie rok (obchodziłem się bardzo boleśnie nim ;D) i owszem – ryski są, ale nie przeszkadza to absolutnie w rozgrywce. Bardziej się martwię o zawiasy, bo ostatnio coś mi trochę skrzypią, niemrawo chodzą.
    A kiedy będzie trzeba – pewnie za jakieś pół roku – wymienię ekranik dotykowy, o ile będzie warto.
    Gram bez folii ! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s