God of War: Chains of Olympus [PSP]

This is… Sparta – polis starożytnej Grecji, któremu stałe miejsce w kulturze nowożytnej zapewniła potęga militarna i bohaterska obrona Termopil. I choć doskonały stan armii wymagał od mieszkańców olbrzymiego poświęcenia, to do dziś przetrwała nie tylko w podręcznikach ale też na złotym ekranie, stronach komiksu, czy w grach. Seria God of War – nawet, jeżeli zerowo związana z samą historią polis, opowiada o jednym z jego obywateli. Kratos – prawdopodobnie najgorszy drań obsadzony w roli głównego bohatera, jakiego widział świat elektronicznej rozrywki, zjada Leonidasa na śniadanie, nawet na konsoli przenośnej. Gdzież bowiem królowi (nawet najdzielniejszemu) do samego Boga Wojny…?

Retro – Fabuła tego kieszonkowego exclusive’a rozpoczyna się około 5 lat przed wydarzeniami z części pierwszej, wydanej na PS2. Kratos dostaje rozkaz pomocy Attyce, która – w wyniku gniewu bożego, stoi na krawędzi zagłady, uginając się pod naporem perskiej armii. Tam też gracz ma za zadanie przygotować się do kolejnych, znacznie brutalniej obchodzących się z nim poziomów. Z marszu otrzymuje pierwszą, sztandarową dla Kratosa broń – Blades of Chaos. Oręż, który główny bohater otrzymał od (ówczesnego) Boga Wojny, Aresa, sieje miłe dla oka spustoszenie (a w dodatku u rękojeści ma bajeranckie, neonowe łańcuchy!). Bardzo szybko też, zyskamy dostęp do pierwszej umiejętności specjalnej – przywołania Ifrita. Rzecz jasna, jako summoner, nie możemy korzystać z pomocy pobratymca bez końca – nasze możliwości w tej materii definiuje niebieski pasek w lewym górnym rogu wyświetlacza, symbolizujący energię duchową. W grze napotkamy wiele znajdziek, które – posiadane w odpowiedniej ilości, zwiększą depozyt punktów (odpowiednio – życiowych, lub psychicznych). Warto się za nimi rozglądać – tym bardziej, że przywołanie Ifrita nie jest jedyną czynnością, wyczerpującą umysł Kratosa.

Parzy! – Od samego początku wiadomo było, że „Łańcuchy Olimpu” będą w stu procentach wykorzystywać możliwości graficzne konsoli. I rzeczywiście – to, co udało się stworzyć grafikom ze studia Ready at Dawn, jest zdumiewające. Gra rozpoczyna się długim, wspaniałym intrem, stworzonym na bazie silnika. Gdy rozpocząłem grę właściwą, ze zdziwieniem stwierdziłem, że gameplay nie różni się w znaczącym stopniu od cuda, jakie przed chwilą dane mi było oglądać. Nawet na olbrzymiej dla konsolki przenośnej ilości miejsca, jaką daje UMD… efekt jest po prostu zdumiewający. Na drugim poziomie złapałem sam siebie na tym, że jak głupi łaziłem z pochodnią w ręku między skomplikowanymi obiektami i obserwowałem tańczące po nich światło. Szybko przekonałem się jednak, że nie w zaawansowanym, dynamicznym oświetleniu tkwi prawdziwa potęga grafiki CoO. Największe wrażenie robią bowiem olbrzymie, monumentalne budowle: nie dość, że graficy spisali się w kwestii polygonów i tekstur na medal, to jeszcze dobrali wręcz idealnie ujęcia. Gdy w danym momencie Kratos ma dokładny wgląd na któryś z gigantycznych obiektów architektonicznych, możecie być pewni, że i Wy ujrzycie go w pełni majestatu. Na długo zapadnie mi w pamięci fragment drogi do świątyni Heliosa, kiedy to – biegnąc długim mostem, Kratos był ledwo widoczny na ekranie, gdyż twórcy zainteresowanie kamery skupili na dalszym planie, gdzie znajdował się imponującej wielkości posąg. Oczywiście – na takie „wycieczki”, autorzy pozwolili sobie jedynie w spokojniejszych momentach. W ferworze walki bowiem, gra wiernie i bez zająknięcia ukazuje nam bohatera, mordującego masowo przeciwników. Wspomniane uciekanie kamery pozwala graczowi docenić ogrom pracy, włożony w oprawę wideo tej produkcji. Owocnej, a jakże…

Finish Him! – God of War: Chains of Olympus to gra, która w znakomitej większości opiera się na walce. Wypadałoby więc powiedzieć co nieco (a może i więcej) o tym filarze rozgrywki. Kratosem przemieszczamy się po planszy za pomocą gałki, która – o dziwo, wypada w tej roli naprawdę nieźle. Jasno określona jest też klawiszologia – po pół godzinie rozgrywki nikt nie powinien mieć problemów z odruchowym doborem ciosów. Programiści nie zapomnieli też o znaku rozpoznawczym serii – QTE (Quick Time Events). Jest to nic innego, jak (tak przez „prawdziwych” graczy znienawidzone) elementy casualu, powtykane zgrabnie w ten kawał krwistego mięcha. Sprawa przedstawia się w ten sposób: większość przeciwników jakich napotkamy, możemy zabić jedynie w standardowy sposób (lub „z marszu” wykonać na nich „finish him”, jednak wtedy nie ma zabawy… :)). Od czasu do czasu jednak, trafi nam się jakiś Wielki, Zły Potwór, przy którym sprawdzić możemy swoją zręczność i refleks. Gdy już jegomościa w klasyczny sposób osłabimy, nad jego wizerunkiem pojawi się kółko. Wówczas nie pozostaje nam nic innego, jak podbiec do imć skurczybyka, klepnąć w owalny symbol na naszej konsolce i… zacząć uważnie wpatrywać się w jej ekran. Fatality wykonamy tylko w sytuacji, gdy uda się nam bezbłędnie przejść przez serię zręcznościowych przerywników. Raz będzie to zwykłe wciskanie określonych przycisków w odpowiednim czasie, innym razem pokręcimy gałką… I wszystko pięknie, jeżeli sekwencję uda się wykonać. Jeżeli nie… no cóż – niemilec uszczupli nasz pasek zdrowia, a my będziemy musieli próbować ponownie. Mimo owego ryzyka warto, naprawdę warto namęczyć się, gdyż chora wyobraźnia twórców nie ma granic, a i sam Kratos to bardzo pomysłowy chłopiec i zawsze odnajdzie jakiś makabryczny sposób na pozbycie się 10-metrowego cyklopa…

Pimp my strike – W grze studia Ready at Dawn odnajdziemy na pęczki różnego rodzaju kombosów czy ulepszeń. By wypróbować na wrogach pokaźną liczbę efektownych (i najczęściej – także efektywnych) kombinacji, zmuszeni będziemy wydać na to odpowiednią ilość waluty obowiązującej w świecie bogów. Pozyskamy ją, podobnie jak w przypadku większości tego typu produkcji, wprost z pokonanych wrogów („z pierwszego tłoczenia”?). Gdy już uzbieramy odpowiednią jej ilość, nie pozostaje nic innego, jak w menu ulepszeń zakupić kolejny poziom rozwoju dowolnego elementu ekwipunku. Co oczywiste – nie wszystkie pola będą do naszej dyspozycji od początku, tym niemniej warto inwestować w to, co się w danej chwili ma, by potem nie oglądać wszystkich efektów towarzyszących w „ostatniej chwili”. Bo i czasu potrzebnego do przebrnięcia przez wszystkie etapy nie ma tu zbyt wiele…

„Take your time”… – Właśnie, czas… Ukończenie gry metodą „byle do przodu” daje w efekcie żałośnie prezentującą się metryczkę na ostatecznym sejwie: około 4 godziny to naprawdę bardzo, ale to bardzo mało. Jeżeli jednak przyjmie się metodę „na boromiego” (podziwianie widoczków, ślamazarne brnięcie do przodu, klinowanie się przy każdym trudniejszym momencie gry), produkcję ukończy się z niemal dwa razy większym wynikiem czasowym (w moim przypadku było to siedem i pół godziny). Patrząc na starszych braci CoO, nietrudno stwierdzić że pomimo olśniewającej oprawy i idealnego klimatu, autorzy nie wysilili się zbytnio, by przedłużyć żywotność tytułu. Owszem – po zakończeniu arcyciekawej kampanii mamy możliwość wykonania 5 zadań specjalnych (znacznie trudniejszych od całej reszty gry) i zaliczenia pikantnej minigierki (fani GTA: SA i afery z „Hot Coffee” będą zachwyceni). Mimo to osiem godzin jako górna granica potrzebna na ukończenie kampanii i odblokowanie bonusów (jest ich całkiem sporo – filmy kręcone wewnątrz Ready at Dawn, artworki, cut-scenki z gry…) to zdecydowanie za mało. Brnąc coraz to dalej w brutalny świat GoW człowiek nie zdaje sobie sprawy, że wolna od poważniejszych błędów rozgrywka jest nieomal przykrywką dla wrażenia niedosytu, jaki niesie ze sobą ekran z listą płac. Cała reszta jest bowiem bliska ideałowi – niesamowitą frajdę sprawia mordowanie kolejnych zastępów rządnych krwi bestii i odkrywanie krain znanych z mitologii greckiej. Wielka szkoda, że w tej odsłonie zagadki występują bardzo rzadko, a jeżeli już – do miana logicznych im daleko. W trakcie diabelnie szybkiej rozgrywki ich brak szczególnie nie doskwiera, jednak miło by było, gdyby twórcy dali od czasu do czasu odpocząć naszym mięśniom, a umożliwili rozruszać nieco zastałe od ciągłej klepaniny szare komórki…

To ja, Narcyz się nazywam… – Szczerze mówiąc, gdy rozpocząłem zabawę z GoW, wielka pompa, z jaką ogłaszano ten tytuł najpiękniejszą produkcją na PSP sprawiła, iż od oprawy audio nie oczekiwałem kompletnie nic. To znaczy – w ogóle się nad nią nie zastanawiałem – był to olbrzymi błąd i winienem wtedy ugryźć się w ucho (nieważne, jak miałbym tego dokonać). Już menu główne wita nas przepięknym, aczkolwiek nieco pompatycznie wykonanym „hymnem” serii. Powiem wprost: soundtrack nowego GoW jest po prostu niesamowity. Wszystkie ścieżki razem wzięte to w zasadzie nic innego, jak wspaniały koncert orkiestry symfonicznej, wzbogacony o smakowitą, lepką od krwi wizualizację. Recital ten jest po prostu perfekcyjny – można wręcz powiedzieć, że poziomem przewyższa on oprawę graficzną. Jednak – podobnie zresztą jak i ona , udźwiękowienie gry nie jest perfekcyjne. Fałszywą nutą tej pieśni pochwalnej będzie tym razem… dubbing. Konkretnie – niewielka, aczkolwiek baaardzo uciążliwa jego część. Otóż – do najgorszych głosów w całej grze w mojej opinii zaliczają się odtwórcy ról ważniejszych postaci – Kratosa i Narratorki. Ten pierwszy zbyt często i intensywnie podkreśla prosty charakter głównego bohatera, przez co niejednokrotnie brzmi niczym troglodyta, który dosłownie przed chwilą nauczył się mówić. Wielce szanowna Pani Opowiadacz cierpi za to na „Syndrom Wieczornych Wiadomości”: niby intonacja wszystkich kwestii jest w porządku, a jednak sprawia raczej wrażenie zgorzkniałej, obojętnej staruszki, niż kobiety w srebrnym wieku (wbrew pozorom, między tymi dwoma określeniami istnieje prawdziwa przepaść), która grupce zainteresowanych opowiada legendę. Niestety, na tym nie kończy się lista kiepskich aktorów: by nie zdradzać tajników fabuły pozostanę przy tych dwóch kwiatkach, jednak sięgając po God of War: Chains of Olympus, należy przygotować się na przesadzone zaangażowanie wyczuwalne w głosie wielu postaci.

Kratos, Ghost of Sparta… – Przygoda w quasi-mitologicznym świecie starożytnej Grecji to jedna z najlepszych rzeczy, jakich można na PSP doświadczyć. Doświadczenie to jest niestety bardzo krótkie, choć naprawdę intensywne. Pomijając samą otoczkę bezmyślnej łupaniny, gra ma w sobie naprawdę silną duszę artystyczną. Obserwując tragizm głównego bohatera (w szczególności pozytywnie zaskakuje niejednoznaczny wydźwięk samego zakończenia), co wrażliwszych graczy nie raz fabuła może ścisnąć za serce nie słabiej, niż któraś z efektownych fatality za żołądek. Szkoda tylko, że sama rozgrywka jest tu tak nieambitna – praktycznie cały czas uskuteczniamy intensywny mashing przycisków. Rzadko kiedy autorzy dają nam choć chwilę do uruchomienia szarych komórek. A szkoda, bo mity greckie to wprost wyborna tematyka dla wszelkiego rodzaju zagadek tekstowych, opartych na symbolice. Mimo tych braków, posiadając konsolkę Sony zwyczajnie nie wypada nie zagrać w God of War: Chains of Olympus. Choćby ze względu na przepiękną grafikę i zniewalający soundtrack. Fakt, że tytuł ten można uznać za swego rodzaju zmarnowaną szansę, no ale cóż – może następnym razem…?

boromi

Reklamy

5 uwag do wpisu “God of War: Chains of Olympus [PSP]

  1. GoW:CoO był moją pierwszą grą, którą ukończyłem na PSP i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał. Jedyne co mi się nie spodobało w tej produkcji to czas gry, chociaż i tak nie można oczekiwać więcej po grze na przenośną konsolę. Co do recenzji to świetnie napisana, gdyż łatwo się czyta no i fajnie, że zostało opisane chyba wszystko co ta gra ma w sobie.

  2. Tylko 4 godziny przy parciu do przodu, a 7 normalnie? Speed runy pewnie się robi jadąc po pracy 😀
    Tego GoWa ograłem tylko demko, ale już ono pokazało, że jest to pozycja obowiązkowa dla właściciela PSP.

  3. Mnie w tej grze najbardziej uwiódl fragment, w którym biegaliśmy po Tytanach bodajże, i egzekucje cyklopów (ani jednemu draniowi nie odpuściłem! :))

  4. ha, w końcu wiem kiedy dokładnie miał miejsce ten GoW, bo po przejściu gry miałem tylko przypuszczenia co do pozycji w tajmlajnie serii. Co do głosu narratorki, to z tego co pamiętam należy on do przedstawicielki Tytanów, więc nie ma się czego czepiać. Poprawcie mnie jeżeli się mylę 🙂 i nie marudziłbym tak bardzo na długość rozgrywki, bo: a) jest to wersja handheldowa, b) sam nad głównym wątkiem spędziłem 7-8h, c) te bonusowe zadania są dość trudne i dobrze wydłużają frajdę z tytułu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s