Call of Duty: Roads to Victory [PSP]

Go! Go! Go!! – Call of Duty – objawienie rynkowe roku 2003 na PC. Niedawno, seria doczekała się czwartej odsłony, która powróciła na PC po krótkim „skoku w bok” w postaci części trzeciej. Teraz jednak skupmy się na swoistym „back to school”, czyli odsłonie na PSP. Podczas gdy oczy wszystkich graczy zebrane były na niedalekiej przyszłości i konflikcie z terrorystami, na handheldzie Sony, twórcy zdecydowali się powrócić na najsłynniejsze pola bitew Drugiej Wojny Światowej. „Nie umarło, co zasnęło przed wiekami…”, jednak czy wciąż jest równie dobre…?

„War… war never changes…” – Kampania shootera jest podzielona na 3 części – amerykańską, kanadyjską i brytyjską. W każdej z nich wcielamy się w innego żołnierza – „zwykłego, szarego Supermena”, którym wyrzynamy w pień setki nazistów. Towarzysząc naszemu nad-wojakowi, uczestniczymy w operacjach Market Garden (buuuuu!), Avalanche, czy Blockbuster. Przed każdą misją, zainteresowani będą mogli poczytać „notatki” żołnierskie wystylizowane na autentyczne, a przy rozpoczęciu każdej kampanii, autorzy raczą nas oryginalnym filmem dokumentalnym z właściwego jej fragmentu wojny. Zaraz obejrzeniu pierwszego z nich czeka nas prawdziwe piekło…

Po krótkim (aczkolwiek zapoznającym nas jedynie z podstawową klawiszologią) samouczku, typowo dla serii – rozpoczyna się niespodziewany atak nieprzyjaciela na bazę. Zapewne pierwsze minuty rozgrywki każdemu zapadną w pamięci na długo, niestety – głównie przez morderczą, pełną poświęcenia walkę z morderczym… interfejsem. Wielka szkoda, że twórcy nie dali nam możliwości dowolnego zdefiniowania klawiszologii, jednak sądzę, że spośród kilku, uprzednio przez nich przygotowanych profili, każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Na szczęście, arcy-niewygodne sterowanie z użyciem jednej niewielkiej gałki analogowej, po pewnym czasie przyzwyczaja do niewygód i z jego użyciem gra się całkiem nieźle. Kwestią sporną pozostaje auto-celowanie. Niby rozgrywka z jego użyciem staje się dość łatwa (mimo to nie liczcie na zbytnie fory), jednak za nic nie chciałbym grać na poziomie innym niż „łatwy” bez tego rodzaju wsparcia. Po prostu postać obraca się byt wolno, by móc efektywnie przeć do przodu.

Czas przejść do sprawy, która od zawsze była zarówno najmocniejszą stroną, jak i piętą achillesową Call of Duty. Mowa oczywiście o skryptach. Cóż, w tej materii nic nie uległo zmianom: dalej pole bitwy robi piorunujące wrażenie, dalej wszystko zdaje się być dla gracza niesamowicie realne i niemal wyczuwalne i dalej… Dalej to jest już tylko gorzej. Po pewnym czasie bowiem, zaczynamy zauważać że to, kto ginie w danym momencie jest z góry założone, oraz że eksplozje towarzyszące bombardowaniom, to jedynie ładny element zdobniczy (ile to razy bomba spadała centralnie na mojego żołnierzynę, nie czyniąc mu przy tym najmniejszej szkody…?). Irytują też pociski, które zdają się lecieć w ściśle określonym przez NPC kierunku. Historia zna skrajne przypadki, gdy jakiś niemiaszek stojąc do mnie tyłem, wesoło nawalał w moją stronę, najwyraźniej strzelając sobie przez klatkę piersiową. Przy takich rewelacjach nikogo nie zdziwi już chyba wieść o niebywałej zdolności, jaką w grze nabyli żołnierze obu stron, mianowicie o podkręcaniu wystrzeliwanych kul (nawet o 90 stopni!). Liniowość w CoD jest obecna na każdym kroku i to niestety widać.

Opisywana przeze mnie produkcja ma dość specyficzny poziom trudności. Otóż – idziemy sobie, beztrosko piorąc tyłki niemieckim żołnierzom, oglądając ornamenty w stylu „Adolf”, aż tu nagle – JEBUDU!! – nie żyjesz. Najwięcej trudności na dalszych poziomach, sprawiają bez wątpienia granaty, w które jest zaopatrzony każdy z wrogów. I choć gra informuje nas o położeniu niechcianego przedmiotu, gdy ten zostanie rzucony, to i tak człowiek od czasu do czasu po prostu gubi się i ginie, rozpaczliwie użerając się z – zawodną w nagłych wypadkach gałką. W naszych rękach także zagości nieraz granat, a dzięki zerowej niemal zdolności wroga do unikania, tudzież odrzucania ich, sytuacja ta kończy się zazwyczaj ich masową eksterminacją. Co jak co – ale AI nie jest mocną stroną tej produkcji…

Do czołgu? – Muszę przyznać, że – pod względem ilości pojazdów, którymi dane mi było pokierować, gra mnie rozczarowała. Nie uświadczymy urozmaicenia w postaci misji, w których jedziemy Jeepem prowadzonym przez kompana, a sami grzejemy do innych z karabinu stacjonarnego. Jedyną tego typu odskocznią jest misja, w której obsługujemy działa słynnej „fortecy powietrznej”, bombowca B-17. Wielka szkoda, że jest to pojedynczy wyskok – grafika w niej zawarta, zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Wszędzie widoczna jest poświata odbijanego słońca, tak typowa dla najnowszych rozwiązań, chmury w tle sprawiają niemal wrażenie prawdziwych. No i te eksplozje… W zasadzie, wydaje mi się że oprawa wideo w tym epizodzie, stoi co najmniej o klasę wyżej, niż ta z pozostałych misji.

Pain in back – Twórcy w kanonadzie potknięć i niedoróbek, nie ustrzegli się chyba najpoważniejszej, dotyczącej kontynuowania „napoczętej” rozgrywki. O ile brak save’a w dowolnym momencie w pełni rozumiem, o tyle kretyński system checkpointów na zawsze pozostanie dla mnie zagadką. Wyobraźcie sobie taką sytuację – gracie sobie i gracie, jesteście już kawał drogi od początku misji, jednak nagle zachciewa się Wam posłuchać na swym PSP muzyki. Wychodzicie więc do menu startowego systemu, odpalacie grajka powróciwszy po pewnym czasie do zabawy, ku swojemu zdziwieniu, odkrywacie, że macie jedynie możliwość wyboru ostatniego zadania. Nie wiem kto wpadł na pomysł, by możliwość kontynuacji gry od ostatniego autozapisu dotyczyła jedynie sytuacji „pośmiertnej”, jednak niewątpliwie należy pogratulować mu ciężkiej głupoty.

Do niewątpliwych zalet gry, należy z pewnością oprawa wideo. Chociaż w gorętszych momentach animacji zdarza się porządnie chrupnąć, to i tak wrażenie robi mnogość efektów. Wybuchy, rozbłyski, kurz… niemal wszystkie elementy zostały wykonane wzorowo. Doskonale wyglądają też ludzie – posiadają właściwe proporcje, a ich twarze robią wrażenie ilością detali. Jako – tako jest natomiast z niektórymi teksturami – zdarzały się rozmazańce (choć w większości są to ostre jak brzytwa żylety). Wszelka broń, jaką nasz wojak będzie miał możliwość uchwycić, została wykonana naprawdę szczegółowo i nie można mieć w tej materii żadnych zastrzeżeń do pracy wykonanej przez grafików. Oprawa wideo trzyma w „Call of Duty: Roads to Victory” naprawdę wysoki poziom.

„Nasze dzwony brzmiały dostojnie” – Trzeba powiedzieć, że oprawa audio w najmniejszym stopniu nie ustępuje grafice. I chociaż muzyka jako – taka, pojawia się w misjach sporadycznie (zawsze w bardziej dramatycznych momentach), to zrywa wówczas czapkę razem z głową. Przepiękne utwory, wykonane przez orkiestrę nie pozostawiają cienia wątpliwości – ktoś się do tego przyłożył. Bębny – typowo wojenne instrumenty, występują tu nader często, choć czasem ustępują miejsca niekoronowanemu królowi budowania napięcia, smyczkom. W każdym razie, za samą muzykę, należy się grze owacja na stojąco. Nieco gorzej jest za to w przypadku odgłosów – wszystko „odzywa się” tak, jak powinno. Oprócz ludzi. To znaczy – co do doboru głosów i samego voice actingu nie można mieć zastrzeżeń. Wrogowie po prostu za często się powtarzają. Można uznać to za błahostkę, jednak obawiam się że jedynie do czasu, gdy czekając w ukryciu na odpowiedni moment do szturmu, samemu nie doświadczy się kilkukrotnego powtórzenia niemieckiej kwestii… Jest to z pewnością zależne jedynie od „maszyny losującej”, jednak niewątpliwie ten element można było bardziej dopracować.

„This is madness…” – O grywalności w serii CoD mówić dość trudno, gdyż w grubo ponad połowie, stanowi o niej jej zawiesisty, gęsty klimat. I choć starsze odsłony dziś, z powodu przestarzałości skryptów robią już mniejsze wrażenie, to oddajmy cesarzowi, co cesarskie. Przenośna konsola, w której trwa regularna wojna… to MUSI robić wrażenie. Co prawda, kiepski interfejs nie pozwala w pełni cieszyć się doznaniami, a AI wrogów budzi często jedynie uśmiech politowania. Nie zmienia to faktu że do grania bynajmniej nie przymuszałem się i zapewniam że Wy też nie będziecie musieli tego robić. Przez kampanię idzie się spokojnym, miarowym tempem – jest po prostu przyjemnie (pomijając powtykane tu i ówdzie, frustrujące fragmenty). Grywalność utrzymuje się tu na stałym, dość dobrym poziomie. Oczywiście – nie jest to najciekawsza rozgrywka, jakiej dane mi było doświadczyć na PSP, jednak obgryzać konsoli nikt nie powinien. No, ewentualnie w ostatniej misji, gdzie system checkpointów jest już wybitnie skopany…

Nie warto owijać w bawełnę – „Roads to Victory” nie jest największym osiągnięciem w serii. Co więcej, przy wysokim poziomie jaki reprezentuje cykl, można stwierdzić, że jest wręcz kazirodczym wybrykiem programistów. Nie oznacza to jednak, że jest grą złą, czy niewartą uwagi. Po prostu twórcy dość nieumiejętnie podeszli do „małej” platformy i – pomimo świetnej oprawy a/v i nieźle zaprojektowanych poziomów, wiele elementów kuleje, nie pozwalając w pełni cieszyć się eksterminacją nazistów. Brak możliwości dowolnej konfiguracji interfejsu, checkpointy których nie można wczytać po wyjściu do menu głównego – to jedynie najpoważniejsze z długiej listy niewygód, na jakie panowie z Amaze Entertainment nas skazali…

boromi

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Call of Duty: Roads to Victory [PSP]

  1. Już napisałem Ci na gramie. Jednak taka gierka niech zostanie na piecykach i konsolach. Lepiej pograć na PSP w coś lżejszego i mniej intensywnego. FPS tylko na big screen. ATPZ ileż można tę wojnę ciągnąć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s