Disgaea po raz trzeci…

… i sprzedane! Nippon Ichi dopięło swego. Po wydaniu jednego, naprawdę dobrego tRPGa, kilku spin-offów i niezliczonych ilości bardziej lub mniej zaawansowanych modów (bo i jak nazwać produkt, który korzysta z bliźniaczej oprawy i niekiedy także założeń, opowiadając zupełnie inną historię…?), firma popadła w niemal totalną niemoc twórczą. Świadczy o tym najczęściej w recenzjach ich gier wytykana wada: odtwórczość. RPG-i Nippon Ichi, choć teoretycznie traktują o zupełnie różnych światach, stanowią wieczne odwołanie do produkcji, która w roku 2004 przyniosła im sławę. Teraz jednak, panowie zwyczajnie przelali czarę goryczy…

Pierwsza część (póki co) trylogii w historii gier na stałe zapisała się jako szalenie oryginalny i świeży tRPG, który jednak absolutnie nic nie wniósł do gatunku na stałe. Mimo to, ta prześmiewcza strategia znalazła szerokie grono odbiorców. Historia konfliktu Celestii i Netherworld – dwóch światów odpowiadających biblijnemu Niebu i Piekłu, przez gracza obserwowana z perspektywy „Tego Złego”, miała w sobie to coś, czego programistom z NIS zwyczajnie nie udało się już powtórzyć. Opowieść o Laharlu – młodym spadkobiercy tytułu Overlorda, który obudziwszy się z przeszło dwuletniej „drzemki”, dowiaduje się o śmierci swojego ojca i w ogarniętej chaosem krainie próbuje zaprowadzić dawny porządek, to niewątpliwie osobliwa, tryskająca humorem baśń. Tu nasuwa się retoryczne pytanie: co zrobić ma producent w sytuacji, gdy jego nowe produkcje coraz to mocniej trącą myszką, a popyt na nie, z roku na rok staje się mniejszy…? Ależ oczywiście – z pomocą przybywa wówczas wysłużona patelnia i zmrożony na kamień kotlecik, możliwe że już nie pierwszej czy nawet drugiej świeżości, ale pierwotnie smakowity. Wystarczy chwilę podgrzać, dla zabicia przykrego posmaku dosypać nieco przypraw i podać w możliwie najdroższej zastawie. Najlepiej w jak najmniej zmienionej formie, ale o innej nazwie – tak, by klient widząc danie w którym zdążył się już rozsmakować, jednocześnie odczuwał ciekawość do tej, pozornie nowej pozycji w menu. Tak właśnie powstały  trzy remake’i: Disgaea: Afternoon of Darkness na PSP i Rhapsody: The Musical Adventure oraz Disgaea: Prince na DS-a. Pure genius…

Zostawmy jednak Rapsodię w spokoju – choć z pewnością grze do ideału brakuje sporo, to wprowadzone zmiany (chociażby zupełnie nowy system walki) każą wierzyć, iż twórcy przyłożyli się do niej. Pod względem innowacji (w końcu to właśnie one odróżniają remake od portu) znacznie gorzej jest niestety z, paradoksalnie, lepszą „disgeją”.

Wieczorki sponsorowane – Wersja na przenośną cegiełkę nie zachwyca. Od strony fabuły niewielkim niuansem jest fakt wprowadzenia krótkiego epizodu z Zettą – overlordem z innej gry NIS (Makai Kingdom: Chronicles of The Sacred Tome), oraz Rozalin i Adell – bohaterami (już nie tak udanej, choć wciąż dobrej) drugiej części sagi. Warto odnotować także obecność ‘Etna Mode’ – trybu alternatywnego, w którym rola głównego bohatera przypada dwulicowej służce Laharla. Cała „remake’owość” tego tytułu rozbija się niestety o oprawę, która pozostała kropka w kropkę przeniesiona wprost z wersji na PS2. I o ile trójwymiarowe otoczenie oraz efekty wciąż wyglądają nieźle (choć widać wyraźnie że tekstury to już „secondhandy”), o tyle w przypadku sprite’ów, korzystanie twórców ze swego dotychczasowego dorobku przyniosło zgubny skutek. Owszem – wciąż robią pozytywne wrażenie, jednak trudno nie zwrócić uwagi na ich rozmycie, czy – zaskakująco jak na PSP ubogą kolorystykę. Jako gracz, do grafiki nie przywiązuję przesadnie dużej wagi (u-ha-ha, bo i do czego miał tą wagę w dobie gameboy’a przywiązać handheldowiec…?), mimo to nie lubię, gdy wciska mi się drugi raz to samo w znacznie gorszym wydaniu, tylko dlatego że komuś zabrakło zarówno kilku zer na koncie, jak i inwencji.

Prince Power…? – „Co na konsoli N robi tak hardcore’owy tytuł jak Disgaea?” – zapytacie. Cóż – to samo, co na PSP – trzepie niemałą kasę przy minimalnym wkładzie pracy jego ojców. Tu jednak panuje już prawdziwa „Sodoma w Gomorze” – zmiany względem wcześniejszej wersji na handhelda Sony są śmiesznie małe (najważniejszą jest… umożliwienie odblokowania i zwerbowania kilku nowych postaci), natomiast cięcia w oprawie a/v – olbrzymie. Przy pierwszym kontakcie z Disgaea: Prince, osoby które z pierwowzorem miały już styczność, zapewne poczują się jak w trakcie gry na komórce… Z głośniczków dobiegają żałosne, plumkające covery w midi (ciekawe w jaki cudowny sposób autorom takiego TWEWY udało się wpakować do swej gry prawie 20 kawałków naprawdę dobrej jakości, hm…?), 90% voice actingu gdzieś wyparowało, natomiast sprite’y wyglądają wręcz tragicznie. Jakby tego było mało, gra ma częste-gęste problemy z framerate’em. Marną pociechą jest możliwość niesamowicie topornej obsługi gry za pomocą rysika – wersja na Nintendo DS jest zwyczajnie wybrakowana, a przyczyną jest lenistwo twórców, którzy nie zdecydowali się zoptymalizować kodu, tudzież zafundować grze pojemniejszego nośnika. W efekcie, zwolennicy Nintendo otrzymali niestety grę o jakości wykonania zbliżonej portom komórkowym.

Na peryferiach – Ilość biletów, których „Japońskiej Jedynce” udało się odciąć od sukcesu Disgaea: Hour of Darkness, jest olbrzymia. Mangi, pluszaki czy figurki, to w przypadku japońskich produkcji standard, niewiele jest jednak gier, którym dedykowano anime. Dwanaście odcinków w luźnym ujęciu (momentami aż nazbyt luźnym – dziwi nader często występujący brak zgodności z fabułą oryginału) streszcza historię znaną z rolpleja. Produkcją zajęło się studio Oriental Light and Magic a animacja – podobnie jak w przypadku ich ‚Pokemona’, jest dosyć prosta i oszczędna. Ścieżka dźwiękowa niemal w całości składa się z utworów znanych z gry, zaś głosu postaciom udzielili aktorzy znani z wydanej na PSP Disgaea: Afternoon of Darkness. Sam serial do wybitnych z pewnością nie należy, jednak jako płatna reklamówka serii sprawdza się całkiem nieźle. Że niby nie o to powinno w tym chodzić? Cóż, najwyraźniej słupki wykresu twierdzą inaczej…

Sprostowanie – Czytając moje wypociny, można dojść do wniosku, że jestem przeciwny całemu temu hype’owi na Disgaea. Wbrew pozorom, nie uważam jednak tego zjawiska za negatywne – remake’i (czy może raczej porty) pierwszej części, pomimo licznych przejawów lenistwa twórców, wciąż zachowują to, za co głównie pokochano pierwowzór (humor, barwne postaci, KLIMAT), natomiast anime bez wątpienia ucieszy miłośników Netherworld. Chodzi mi głównie o to, że Nippon Ichi, zamiast marnować czas na wałkowanie po raz setny sprawdzonych schematów i rozpamiętywać „jaką tośmy kiedyś wspaniałą grę zrobili”, mogłoby naprawdę przyłożyć się do jakiegoś nowego, innowacyjnego RPGa. Fakt – marketingowo, takie posunięcie byłoby znacznie bardziej ryzykowne, jednak według mnie, najwyższy czas zerwać z tą sztuczną polityką asekuracyjną. Bo wraz z nadejściem Disgaea: Prince, naprawdę zwątpiłem, czy tą załogę stać na coś więcej…

boromi

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Disgaea po raz trzeci…

  1. Tu mnie nie ubiegłeś. Mam obie Disgaea na PS2. Niestety obie nie zaliczone, ale wyśmienita gierka! No i te cutsy itsy bitsy „hiperki” rozwalają. Można by rzec że żaden wysiłek graficzny, ale cóż za przyjemność. Grania!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s