Wycieczka do zamku – Castlevania: Order of Ecclesia

Nareszcie! – po niemal dwóch latach, które dzielą premierę nowej części od wydania Portrait of Ruin, „Wania” w końcu wylądowała tam, gdzie jej chyba najlepiej – na handheldzie Nintendo. Po raz kolejny motywem przewodnim jest walka z paskudnym, bo nieśmiertelnym, hrabią Dracula i po raz kolejny – a jakże – grę można śmiało określić mianem starego króla w nowych szatach. Eklezja graczy jednogłośnie domagała się godnego zakończenia cyklu na NDS, Zakon programistów z Konami znów dołożył wszelkich starań, by te oczekiwania spełnić…

Castlevania: Order of Ecclesia, to pozornie nic, do czego autorzy nie zdążyli nas przyzwyczaić: gra jest scrollowaną platformówką o bardzo rozbudowanej strukturze poziomów, którą wzbogacono o elementy action RPG. Ponownie najczarniejszym z charakterów jest doskonale wszystkim znany wampirzy lord, lecz tym razem – i to pewna niespodzianka – fabuła na piedestale nie umieszcza rodu Belmontów, a tytułowy Order of Ecclesia. Zakon jest jednak z „drugim imieniem” serii ściśle związany, gdyż powołany został w związku z tajemniczym zniknięciem słynnej rodziny łowców. Shanoa – czołowa przedstawicielka zgromadzenia, zostaje wybrana do roli anihilatora Draculi. Czego nietrudno się domyślić, ceremonia przekazania jej niezbędnej ku temu umiejętności zostaje przerwana, a tu gdzie kończy się afera z kradzieżą arcyważnego oręża i feralną utratą pamięci głównej bohaterki, zaczyna się przygoda w której gracz weźmie bezpośredni udział.

Jak w każdej samodzielnej odsłonie, tak i tym razem Konami uraczyło nas nowym, dość przewrotnym systemem walki. Shanoa zamiast standardowych zabawek typu Claymore, w szlachtowaniu przeciwników upodobała sobie magiczne symbole (glyphy) z których z użyciem energii magicznej, niejako odczytuje atak daną bronią. No właśnie – małą rewolucję przeszedł system zależności – każdy atak glyphem pochłania sporą część many, przez co ilość ataków w jednej serii jest ograniczona (energia magiczna w tej odsłonie regeneruje się jednak w błyskawicznym tempie). Naraz możemy używać jedynie dwóch z nich, każdy przypisany jest do jednego, określonego przez gracza przycisku na prawym d-padzie. Dodatkowo, sprawdzoną kombinacją ‘A + ^’ aktywuje się ataki specjalne, które – podobnie jak w pozostałych odsłonach, konsumują zebrane przez nas serca.

Soma Cruz wita – Od strony stylu w jakim wykonano grafikę, przenośna Castlevania nie zmieniła się od pamiętnej „Arii Smutku” ani o jotę. Wciąż jest to niesłychanie estetyczne i klarowne 2D i szczerze mówiąc, nie widzę w tej ciągłości nic złego (bo czym może skutkować szukanie nowych rozwiązań na siłę, to już pokazuje, szpetne moim zdaniem, Harmony of Dissonance). Zapewniam jednak, że animacje w tej odsłonie zamkną usta wszelkim malkontentom. Bez cienia przesady – główna bohaterka jest najlepiej animowaną w 2D postacią, jaką widziałem w którejkolwiek zręcznościówce na DeeSie. O miano piksel-artowych dzieł sztuki mogą ubiegać się także bossowie – ich design ustępuje miejsca jedynie własnym animacjom. Cieszy też ogólny wygląd poziomów, który jest znacznie mroczniejszy od tego z poprzednich części i klimatem momentami zdaje się nawiązywać do najlepszej (spośród handheldów XXI wieku) w tej dziedzinie części, Circle of The Moon. Zarówno wizerunki napotykanych postaci, jak i design lokacji z perfekcyjnym scrollowaniem poszczególnych teł na czele, są wykonane z większą dbałością o szczegóły, niż miało to miejsce w którejkolwiek z poprzednich części.

Wrażenie, jakie zrobiła na mnie oprawa audio, jest już niestety nieco gorsze. Owszem – muzyka jest klimatyczna i bardzo „waniowa”, jednak utwory które do tej pory usłyszałem, niczym mnie nie zachwyciły. Ot – głośniki sobie trochę poorganią, nieco poskrzypczą, ale kawałki nie odznaczają się ani szczególną chwytliwością (a te, które naprawdę mi się podobają, wywołują za to jak najbardziej słuszne uczucie deja vu), ani też jakością. Z odgłosami jest już nieco lepiej – zarówno głównej bohaterce, jak i każdemu z antagonistów zdarzy się od czasu do czasu coś przebąknąć, nie mówiąc już o notorycznie sapiących i warczących niemilcach. Od czasu do czasu i tu jednak coś zazgrzyta, choć najczęściej wiąże się to bezpośrednio z jakością nagrania (szczególnie zmierził mnie wątły, chropowaty odgłos dzwonów alarmowych).

Opening brzydki z pewnością nie jest, ale mało w nim „żywych” animacji.

„You better kill me before I kill you”… – Castlevania w rozumieniu Nintendowskim, już dawno przestała być narzędziem do wypruwania żył (w zasadzie była nim zaledwie przez chwilę, za sprawą „Pełni Księżyca”), dlatego też zaskakuje poziom trudności najnowszej odsłony. O ile pierwszy boss to swego rodzaju rozbiegówka, tak od drugiego zaczyna się naprawdę ostra jazda – twórcy nie mieli litości dla Shanoa’y, czerwone cyferki raz po raz pojawiające się nad jej głową bezlitośnie skracają czerwony pasek o naprawdę spore odległości… do czasu, gdy odnajdziemy na jegomościa sposób. I niestety – nowa Castlevania sprawia wrażenie „pustej” pod względem pojedynków z bossami. Owszem – od strony technicznej, robią one kolosalne wrażenie (choćby walka z olbrzymią krzyżówką kraba i pająka, która odbywa się na kilku piętrach po kolei), jednak w praktyce są do bólu schematyczne. Przeciwnicy z którymi się zmierzyłem, nie grzeszyli zbyt dużą liczbą ataków – te dwa lub trzy, powtarzane co chwilę ruchy to naprawdę niedużo. Jeżeli więc o pojedynki chodzi, widziałem już zdecydowanie lepsze odsłony, choć z samą serią mam do czynienia od stosunkowo niedawna.

Gadam tak i gadam a cała zajawka sprowadza się przecież do prostego pytania: „jak się grało?”. A grało (i gra!) się naprawdę świetnie. Trzy godziny, które poświęciłem dotychczas na ten tytuł, spędziłem na tym, za co w dużym stopniu „nowożytną” Castlevanię polubiłem – lataniem z obłędem w oczach po lokacjach skrzętnie wypełnionych zmyślnymi monstrami i modleniem się, by następne pomieszczenie okazało się save roomem. Wszystko to w godnej oprawie i z nutką hardcore’u. Słowem: łapaj za widły i na potwora! Warto.

boromi

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Wycieczka do zamku – Castlevania: Order of Ecclesia

  1. coż wiele sobie obiecuje po tej odłosnie ale napierw muszę skończyć Dawn of Sorrow (które poza okropnymi artami nie jest aż tak zle jak sie spodziewąłem mając w pamięci poprzedniczkę), więc ta cześc poczeka jakiś czas na swoją kolej ;/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s