Sweeney Todd: Demon Barber of Fleet Street [2007]

Świat nie jest idealny – Wbrew temu, co twierdzą wytwórnie Holywoodu, idea „Amerykańskiego Snu” sprawdza się niezwykle rzadko. Przekonał się o tym Benjamin Barker – pełen nadziei golibroda z Londynu, którego życie w jeden dzień zmienił w koszmar drugi człowiek. Po wielu latach wraca do miasta, by ukojenia szukać u Nemezis… Osadzony w XVIII – wiecznej Anglii, przesiąknięty sadyzmem i groteską broadwayowski musical we współczesnej adaptacji Tima Burtona? To nie mogło się nie udać… a może jednak?

Młodość w czasach pogardy, miłość w czasach zarazy… – Benjamin Barker to szczęśliwy gość. Ma żonę i córkę, które szczerze kocha, wykonuje lubiany zawód… Ów bohater trwa sobie w tej sielance aż do pewnego fatalnego dnia, kiedy pasmo szczęścia przerwał niejaki Turpin. Ktoś kiedyś powiedział że za wszystkie wojny, bezpośrednią winę ponosi kobieta. Nie inaczej jest tym razem – Lucy, żona Barkera, wpada w oko padalcowatemu sędzinie, który dzięki układom, w mgnieniu oka wysyła konkurenta na „wycieczkę” do kolonii. Po piętnastu latach, wraz ze swym niepełnoletnim wybawcą, udaje mu się powrócić do Londynu. Ogarnięty z lekka szaleństwem, bohater (całkiem słusznie zresztą) nie oczekuje ciepłego przywitania, jednak to, czego dowiaduje się już na miejscu, wpędza go w totalny obłęd.

Przez piętnaście lat świat Barkera przestał istnieć – okazuje się, że po gwałcie, jakiego sędzia dopuścił się na Lucy, jego żona postradała zmysły i popełniła samobójstwo, zaś opiekę nad ich córką przejął właśnie Turpin. Nietrudno domyślić się, jakie pragnienia rodzą się w zmąconym umyśle Benjamina, który od tej chwili przybiera imię Sweeney Todd. Pogrążony w szaleństwie golibroda sens życia odnajduje w zemście, którą planuje już nie tylko na swym oprawcy a całej społeczności Londynu, która w jego mniemaniu poprzez wzajemną pogardę i skrajny podział, krzywdzi siebie nawzajem…

There’s no place like London – Od momentu, gdy Burton przejął od Sama Mendesa prawa do tej ekranizacji, wiadomo było, że reżyser znany z zamiłowania do czarnego humoru i nietypowej tematyki śmierci, bynajmniej nie ugrzeczni tej produkcji. Tak też się stało – „Sweeney Todd” to produkcja o mrocznym, bardzo sugestywnym klimacie. Trzeba przyznać, że wizja Londynu – ziemskiego padołu, w którym kontrast stoi na kontraście, robi piorunujące wrażenie. Wyprane z uczuć, nieruchome twarze w kapeluszach mieszają się tu z obrazem niewykształconego plebsu – „bezmyślnej masy, która nie widzi dalej niż kawał kiełbasy”. Sugestywny klimat dopełniają soczyste sceny mordu, jakiego w imię chorej ideologii Sweeney dopuszcza się na ofiarach… pardon – klientach.

Bardzo szybko bohater trafia do piekarni Pani Lovett – kobiety bezskutecznie szukającej w życiu szczęścia, która przed piętnastoma laty zakochała się w Barkerze (dzięki temu odzyskuje swoje brzytwy, które dlań przechowała). Biedna jak mysz kościelna właścicielka ledwo wiąże koniec z końcem, choć biorąc pod uwagę jakość jej wyrobów, trudno się temu dziwić. Nic też nie wskazuje na to, by w relacjach Todd – Lovett miało się cokolwiek zmienić, aż do momentu, gdy dwójka dochodzi do wniosku, że mordercze zapędy golibrody można wykorzystać do rozwiązania problemu z… deficytem mięsnego farszu do ciastek. Tu właśnie „Sweeney Todd” pokazuje swój najbardziej lśniący pazur, któremu na imię „groteska”.

Na ścieżce dźwiękowej doskwierał mi brak Elfmana – kompozytora, bez którego nie powstał do tej pory żaden kinowy film Burtona (prócz „Ed Wooda”). Owszem – ścieżki są naprawdę dobrze zrobione, klimatyczne i w ogóle, ale mimo wszystko uważam, że ciekawiej wypadłoby tu jego bardziej uporządkowane brzmienie. Tym niemniej – warstwa muzyczna wypada naprawdę ciekawie, choć z kolei jeżeli chodzi o śpiew nie powiem, by Depp miał ciekawy głos. Pracę całej reszty aktorów trudno tak naprawdę ocenić, bo choć większość nie przypadła mi do gustu jako piosenki, to nie można odmówić im należytego charakteru, czy spełnienia roli podkreślacza charakteru swego wykonawcy.

Ból istnienia – Wobec historii opowiedzianej w „Sweeneym” ciężko pozostać obojętnym, choć w docenieniu jej walorów przeszkodzić może klasyczny element filmów Burtona – dłużyzny. Fanom z pewnością nie będą przeszkadzać, jednak osoby szukające łatwego filmu „na Sobotę”, mogą się przestraszyć. Te, które wytrwają, otrzymają w zamian niecodzienny obraz przepełniony cierpieniem, obłędem i niezwykle ciekawymi rozważaniami na temat wybaczania. Bo choć sama treść filmu zdaje się być totalnym zaprzeczeniem idei miłosiernego samarytanina, przynajmniej według mnie, stanowi też przestrogę, do czego doprowadzić może ślepa nienawiść.

Jeżeli chodzi o aktorów, zarówno dobór, jak i sama gra, to niewątpliwie pierwsza liga, choć do perfekcji zabrakło im sporo. W skali całości najjaśniejszą z gwiazd jest (a jakże) odtwórca głównej roli, Johnny Depp. Naprawdę – tą kreację trzeba zobaczyć, jest to (tuż obok Nicholsona w „Lśnieniu”) jeden z najlepiej odegranych wariatów, jakich dane mi było ujrzeć na srebrnym bądź złotym ekranie. Wśród pozostałych ról warto wspomnieć jeszcze o Turpinie, w którego wcielił się Alan „Snape” Rickman, idealnie oddając jego egoizm i charakterystyczny chłód. Pozostały staring reprezentuje dość równy, dobry poziom – w zasadzie jedynym, co w filmie pod względem obsady uwiera, jest obecność żony Burtona, Heleny Bonham Carter. Reżyser zgodnie z „tradycją”, wpakował ją i do tego filmu, przez co rola dwulicowej Lovett irytuje przesadzonym akcentem na charakter tej postaci. Poza tym zgrzytem, obsada jest jednak przynajmniej dobra – aktorzy sukcesywnie ucieleśniają prawdziwą plejadę indywidualistów (niewątpliwie prym wiedzie wśród nich… Sacha „Borat” Cohen).

Napisy – Najnowszy film Burtona ogląda się… ciekawie. Cieszy chwilowe odejście od bajkowej konwencji, która ostatnio totalnie zdominowała jego twórczość (naturalnie nic w tym złego). Urzeka zaś to, co u Tima najlepsze – wspomniana groteska (ciasteczka!), kontrastowość (scena nad morzem w tej materii po prostu miażdży) i artyzm, tu akurat ukryty pod galonami zakrzepłej posoki. Doskonale spisał się także nasz rodak, Dariusz Wolski, odpowiedzialny za zdjęcia – wiele scen zniewala konwencją (choćby „niemy krzyk” Todda wśród setek obojętnych arystokratów). I choć film nie jest pozbawiony wad (niestety większość z nich wiąże się bezpośrednio z warstwą muzyczną filmu), spokojnie można mu je wybaczyć i przystąpić do seansu. Choćby po to, by ujrzeć prawdziwe apogeum cierpienia, obłędu, sadyzmu i Bóg jeden wie, czego jeszcze…

boromi


Reklamy

8 uwag do wpisu “Sweeney Todd: Demon Barber of Fleet Street [2007]

  1. Kolejny film który koniecznie muszę zobaczyć niebawem jakoś. Zarówno Burtona jak i Deppa bardzo lubię więc „z połączenia ich mocy powstanie… (kapitan planeta! albo) dobry film 😉

  2. Szczerze powiem, że pierwszy raz słyszę o tym filmie, ale bardzo mnie zaciekawiłeś nim w swojej recenzji. Nawet teraz myślę, że był bym chętny do obejrzenia, ale jakoś odpycha mnie to, iż to też musical, a jakoś tego typu rzeczy nie trawię.

  3. Witajcie gazdo!
    No i jak ja mogłem ten film opuścić po tak dobrym opisie? Ech trza będzie się wybrać do wypożyczalni i śmignąć DVD. Podziwiam tak dobrego opisu/recenzji. Osobiście lubię Depp’a więc na ślepo wypożyczę film!
    Dzięki za mile spędzony czas czytając ten wpis!!! Dobra Robota!

  4. Ja szczerze mowiac sie zawiodlem, moze dlatego ze nie oczekiwalem tak „krwawego” obrazu. Po „pannach mlodych” i „fabryce czekolady” przywyklem raczej do lekkich wizji, a tu prosze… Klimat iscie burtonowski, zatopiony w bladych kolorach i brzydkich „mordach”, jest surowo i dosc zimno. O ile do samego filmu i realizacji nie mam zadnych zastrzezen, tak tym razem na Burtonie sie zawiodlem 😦

  5. Po obejrzeniu Sweeneya czułam jakieś zawiedzenie i niedosyt. Pierwszy plus jaki dostrzegłam w filmie, to klimat zawarty w zdjęciach miasta oraz właśnie śpiew Deppa. Minusem zaś dla mnie są sceny mordów. Koncept przyjęty dla pozbawiania życia przez głównego bohatera wydaje mi się bardzo marny. Krew w kolorze zupy pomidorowej? Nie, dziękuję. Ogółem, imo, jest to jedna z najsłabszych produkcji Tima. Stać go na wiele więcej.

  6. Przed obejrzeniem filmu dużo się o nim nasłuchałam, więc wiedziałam czego się spodziewać, ale mimo wszystko Burton jak zawsze mnie zaskoczył… choć pomimo mrocznego klimatu częściej śmiałam się niż czułam ciarki 😛 szczególnie jak trupy klientów golibrody spadały z fotela do piwnicy i skręcały sobie kark… no i nie obyło się bez słynnej Burtonowskiej krwi przypominającej rozcieńczoną plakatówkę, ale taki już urok filmów Burtona. moje uznanie za fantazję reżysera, oryginalność, no i oczywiście Johnnego! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s