Recenzja „Gears of War 2”

gearsofwar3_2

„Umarł Król, niech żyje Król!” przyszło co niektórym powiedzieć po skosztowaniu najnowszej produkcji EPIC Games – „Gears of War 2”. Pierwsza część to niezaprzeczalny killer-app i system-seller: wiele osób kupiło właśnie dla tego tytułu Xboxa 360. Powiew świeżości w kwestii rozwiązań w gatunku FPS TPS, oszałamiająca grafika, świetne mechanizmy i czerpanie czystej, samczej przyjemności z rozrywania na części pierwsze przeciwników rokowało na sukces tej w pełni next-genowej pozycji. Po 2 latach przyszedł czas na GoW2 – czy powtórzy sukces poprzedniczki?

Czas pokaże, ja po dłuższej sesji z tym tytułem wiem jedno: Skrót „GoW” nie musi, a nawet nie powinien być przypisany jedynie slasher’owi „God of War”.

Nie ma jednak róży bez kolców. W tym całym hype, fame i dolarach przeliczanych przez Bleszinskiego znalazło się takowych kilka, które umknęły uwadze wielu recenzentów. Teraz, po prawie miesiącu od premiery pozwoliłem sobie na trzeźwe spojrzenie na ten tytuł.

184168-1-2

Zacznę od początku: fabuła, która niczym w kolejnym-set odcinku telenoweli ucina się w najbardziej nieoczekiwanym momencie ma swoją kontynuację w drugiej części (jak mogło być inaczej, zapytacie…).

Wydarzenia dzieją się 6 miesięcy po wybuchu Lightmass Bomb. 2 wielkie aglomeracje Sery – Tollen i Montevado zapadają się w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Koalicja podejrzewa kontratak Hordy i nie zwlekając dłużej przystępuje do ofensywy, zmierzając do Landown.

Choć wychodzę z założenia by nie opisywać wyglądu menus’ów, opcji itp. to napomknę, że zaraz po odpaleniu gry naszym oczom ukazuje się dobrze znane logo z dodaną „2” na końcu i kilka równie dobrze znanych opcji do wyboru, z których wybieramy na chwilę obecną tryb Single Player. Po krótkim wprowadzeniu możemy znów wcielić się w wychudzo… yyy… w starego dobrego Marcusa Fenixa. Ten trzyma się dobrze na tyle, że pod jego skrzydła znów oddany zostaje oddział Delta z „żółtodziobem” u boku, a mianowicie Benjaminem Carmine (bratem tych samych Carmine’ów). Po jego przeszkoleniu (które nomen omen jest bardzo dobrym sposobem na przypomnienie sobie podstaw sterowania) przystępujemy do głównego wątku gry.

194968-5-221Z Lancerem w dłoni od początku przychodzi nam się zmierzyć z wrogimi Locustami. Przez 6 miesięcy na powierzchnię wyszły całkiem nowe ich gatunki, toteż i dawne sposoby na pokonanie „Szarańczy” z pierwszej części idą w niepamięć. Każdy stwór jest fachowo zaprojektowany, każdy ma jakiś atrybut, który go charakteryzuje a zarazem określa sposób walki z nim. Przykładowo walka z Boomerem-Maulerem, który jest uzbrojony w dużą tarczę i cep bojowy (pzdr. Kubicz) wymaga od nas utrzymania odpowiedniego dystansu, jednocześnie wymierzając kule w miejsca nie osłonięte przez ów tarczę. A że sam Boomer to nie lada bydle, ubicie go trwa trochę dłużej niżeli przepiłowanie standardowego Locusta, które w tej części także nie zawsze ogranicza się do jednej i tej samej animacji. O co chodzi? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Gears of War 2 to stare dobre Gears’y z paroma usprawnieniami. To słuszny krok ze strony EPIC – nie ma sensu modyfikować czegoś, co dla wielu jest doskonałe, a już na pewno nie wymagające popraw. I tak zarówno cover system (a wraz z nim strzelanie zza osłon), active-reloading i tym podobne są identyczne, twórcy oferują nam jednak kilka smaczków. Chociażby w wspomnianym piłowaniu – nie dość, że animacja jest jeszcze bardziej krwista i kipiąca agresją, to jeszcze możemy piłować zarówno z przodu, jak i szyderczo od tyłu. Gdy jednak przeciwnik zorientuje się, a w swych łapskach również będzie dzierżył bagnet łańcuchowy, rozpoczyna się walka na piły – krótka sekwencja QTE polegająca na intuicyjnym przyciskaniu „B” na padzie rozstrzyga, kto wychodzi cało i zwycięsko z tego pojedynku. Wygląda to naprawdę miodnie a obraz przepiłowanego Locusta poprzedzony zgrzytem dwóch Lancerów nieraz wywoła u Was pozytywne ciarki na plecach.

gears-of-war-2-20080625073948955_640w

Jest to jedna z typowych akcji uaktywniających coś w stylu „o żesz kurwa ja pierdolę patrz Ty na to, o ja patrz teraz!”, których przy pierwszym podejściu w Singlu jest multum.

Jest to genialny pretekst do zaproszenia kumpla, odpalenia kilku etapów gry i zaprezentowania za pomocą 1-2 przycisków motywów powodujących opad szczeny. Brutalne egzekucje powalonego wroga, snującego się po ziemi ostatkiem sił? Why not! „X” i Marcus chwyta z wymachem snajperkę i jej kolbą dobija padniętego, lub odwraca go nogą na plecy, po czym swoim buciorem o rozmiarze równym bagatela 50 rozdeptuje „twarz”.

Kolejne usprawnienia to chociażby przyczepienie granatu (czy to do przeciwnika, czy też na ścianę budynku jako aktywną minę), możliwość czołgania się na kilkanaście sekund przed „zejściem” do najbliższego członka oddziału w celu uzdrowienia, podniesienie Locusta będącego w podobnej sytuacji i użycie go jako żywej tarczy (po której „zużyciu” skręcamy efektownie kark) et caetera. Naprawdę mnóstwo rewelacyjnie zaanimowanych motywów, które mimo prostoty, z jaką je wykonujemy cieszą za każdym razem.

198129-1-2

Tryb Single Player to pasmo wartkiej akcji przeplatanej niesamowitymi zwrotami, stawiającej kilka kolejnych pytań zaraz po uzyskaniu odpowiedzi na jedno. Bleszinski czerpie garściami z najlepszych filmów akcji, jak i gier i wychodzi mu to doskonale. I tak, niewiele trzeba by – UWAGA SPOILER’y: skojarzyć Scorge’a z Predatorem, Scenę „pościgu” na Reaver’ach z pościgiem w Matrixie czy ostrzał z Łuku z John’em Rambo dysponującym podobnym arsenałem w walce z helikopterem (Kudosy za spostrzegawczość dla mojego brata). Także starcie z w podziemiach z ogromnym podwodnym robalem dryfując na tratwie po bezkresnych wodach wielu osobom nasunie na myśl scenę z Resident Evil 4.

I choć niekiedy oczywistość źródła inspiracji bije na kilometr, to tego typu motywy ubrane w „Gears’owe ciuszki” w praniu sprawdzają się doskonale. A nie są to byle jakie ciuszki – już pierwsze Gears’y pozamiatały w kwestii grafiki, zmuszając M$ do wyprodukowania konsoli conajmniej dwukrotnie lepszej niż początkowo zakładano – jeśli wtedy skok graficzny zerwał z was czapki, tutaj wraz z nią osobiście tracę moją bujną fryzurę. Wystarczy popatrzeć na screen’y – tak wykonanych podziemi, ze stalaktytami zawierającymi więcej polygonów niż niejedna postać w innych produkcjach jeszcze nie było i długo nie będzie. Ilość detali, waga przywiązana do szczegółów w wyglądzie postaci – ja nie oddycham. Podobny bezdech na konsoli M$ przyjdzie mi chyba złapać dopiero przy RE5. Scenerie w poszczególnych aktach są oszałamiające i choć zanika w nich momentami wspomniany klimat beznadziejności tak dobrze znany z jedynki, to widok setek Locustów z bliska pozytywnie „łamie” oczy.

Do tego dochodzi pompatyczna muzyka i dialogi, których nie powstydziłyby się kasowe produkcje (naprawdę zabawne teksty Cole’a, dosadne słownictwo…). CliffyB aspiruje do miana hollywoodzkiego reżysera i aż boję się pomyśleć co zaprezentuje w trzeciej, ostatniej części. W tej serwuje graczowi wręcz epicką przygodę, która niestety zostaje ucięta jeszcze bezczelniej niżeli w części pierwszej. Tłumaczy się to oczywiście tym, że twórcy robią sobie podwaliny pod Gears of War 3,ale niesmak pozostaje i fakt ten obniża nieco ocenę za tryb Single Player. Nie przeszkodziło to jednak dostarczenia EPIC produktu, który przez cały czas obcowania z nim łyka się bez popity. Choć wielu graczy mogło się zakrztusić w momencie, gdy postanowili wskoczyć do osławionego za czasów pierwszego GoW trybu Multi…

198129-5-2

Jak wiadomo, prawdziwa esencja tkwi, a raczej powinna tkwić właśnie w Multiplayerze – wiele mówiono jeszcze przed premierą gry o poprawionych trybach, rozwiązaniu w kwestii przewagi hosta czy zbalansowaniu siły broni… z tego wszystkiego otrzymaliśmy od początku spieprzony matchmaking, utrudnione, jeśli nie graniczące z cudem dołączanie do już trwających meczy, bronie z jeszcze bardziej niewyważoną siłą strzału itp.. Jakiś czas temu wydano łatkę mającą rzekomo naprawić chociaż wyszukiwanie meczy, jednak jak się możemy przekonać zmiany są wręcz niewidoczne. W.w. wady „zmusiły” zbulwersowanych fanów gry do powrotu do poprzedniej części. Jak widać ani nowe mapy, ani odświeżone wersje plansz z pierwszego GoW, ani kod na złotego Lancera, ani nawet nowe tryby (Horde, itp.) nie zaskarbiły sobie zwolenników, gdy kuleje cały system rozgrywki. Pozostaje jedynie liczyć na jak najszybszą i w dodatku w pełni skuteczną aktualizację ze strony EPIC, bo tylko wtedy gra ma szansę walczyć przez najbliższe miesiące z Resistance 2 czy tytułami multiplatformowymi.

77462-4-screenshot

Wady, choć niezwykle rażące, nie mogą nam przysłonić plusów, jakie Multi oferuje – niezwykle przyjazna jest opcja „Co słychać”, do której mamy wgląd w każdej chwili. Tam możemy zobaczyć wszystkich graczy z friendlisty z podkreśleniem tych, którzy aktualnie grają w GoW2. Jednym przyciskiem możemy za jednym razem wysłać zaproszenia do gry do WSZYSTKICH naszych przyjaciół (nawet tych będących aktualnie offline). Jest to bardzo wygodne ale też prowadzi do nieporozumień – nieraz dostawałem informacje od przyjaciół w stylu: „Przecież widzisz że nie gram w Gearsy”, „Przestańcie mi już wszyscy wysyłać te zaproszenia!”, „Po co wysyłasz mi zaproszenie jak jestem niedostępny?” itp.. Gdyby tylko kolejna aktualka usprawniła tą opcję tak, byśmy mogli jednym kliknięciem zapraszać wszystkich grających w GoW2, wówczas można przyznać plus dla twórców za ambitny i innowacyjny pomysł.

gears-of-war-2-20080717042859444_640w

W trybie online pojawiły się również rangi, ale w tej kwestii EPIC nie wnosi nic nowego – level up’ujemy zdobywając punkty doświadczenia w pojedynkach sieciowych. Cieszy również możliwość wyboru spośród kilku postaci, zarówno w szeregach Koalicji, jak i Hordy.

Do naszej dyspozycji oddane zostały także nowe tryby, których możliwość sprawdzenia i stwierdzenia osobiście jakie są pozostawiam Wam – powiem tylko że Horda, w której w 5 chłopa zmuszeni jesteśmy odpierać kolejne fale przeciwników, których siła co 10 fal wzrasta by w ostatnim, 50 ataku uderzyć z nieprawdopodobnym impetem jest tak miodna, że ludzie będą do tego wracać przez kolejny rok, jeśli nie dłużej. Doskonała odskocznia od standardowych deathmatch’y, itd., które swoją drogą też są świetne. Do pełni szczęścia brakuje tylko by złotouści Rein i Bleszinski wzięli się do roboty i poprawili to co miało grać od początku, a nie gra do tej pory.

76066-1-screenshot

Gears of War 2 to bez wątpienia największy wygrzew tego roku na konsoli giganta z Redmond. Kandydat na grę roku, tytuł, którym posiadacze XO będą kontentować się przez kolejne miesiące. Świetny Single Player (który obowiązkowo musicie zaliczyć w Co-opie), chrupiące Multi, acz z iskierką nadziei że „wkrótce będzie lepiej” stawia go na waszej półce z „must have”. Jest jednak coś, co warto mieć na uwadze zanim rzucicie się ze ślinotokiem na tą grę – hype nałożył wielu graczom i recenzentom klapki na oczy. Ja do takich nie należałem i po dłuuuugich sesjach stwierdziłem, że choć pewnie nie widziałem wszystkiego, nie podnieciłem/nie powkurwiałem się wystarczająco dużo w Multi, to gra zwyczajnie mnie… znudziła. I choć na pewno powrócę do niej w niedalekim czasie, to niech sam tytuł i renoma, na którą EPIC nomen omen słusznie zapracował pierwszymi Gears’ami nie przysłoni wam ważnego aspektu, a mianowicie żywotności gry. Multi jak dobre by nie było, nie będzie za parę lat IMHO wywoływać szeregu flashback’ów, jak było/jest w przypadku SINGLOWEGO Shenmue, Shadow of the Colossus czy nawet Multi w CoD4: MW. Kwestia gustu, oczywiście, ale bądźmy obiektywni i nie róbmy za przeproszeniem w gacie na samą wzmiankę o GoW. Ocena taka a nie inna, by zwieńczenie trylogii zaskoczyło i zatrzymało przy sobie do kolejnej generacji, otrzymując tym samym 10/10.

Plusy:

+ Grafika, rozmach

+ Przyłożenie uwagi na lokalizację (polska daje radę!)

+ Miodność

+ Ewolucja w stosunku do poprzedniej części

+ Nowe tryby w Multi

Minusy:

– Zasysające na chwilę obecną Multi

– Brak zdrapek na DLC w polskich wydaniach

– Zakończenie

8plus

Century Child

Reklamy

6 uwag do wpisu “Recenzja „Gears of War 2”

  1. „Ten trzyma się dobrze na tyle, że pod jego skrzydła znów oddany zostaje oddział Alfa”

    A to nie był oddział Delta? Takie tam czepialstwo, poza tym wszystko ładnie pięknie ;).

  2. Dla jedynki prawie że kupiłem X360, ale nagle wyszło na PC i już nie było takiej potrzeby… No i teraz część 2, sam nie wiem czy się skuszę czy nie… na pewno nie szybko, bo trochę mimo wszystko taki X kosztuje, i dla jednej gry mimo wszystko trochę mi szkoda… Chciało by się zarzucić „mało zmian” ale po chwili myśli się… „dzięki bogu że nie zmienili za dużo” – także git, jak dla mnie że gra jest taka a nie inna… Niektóre miejsca walki które widziałem na prawdę ładnie wyglądają – chętnie by się zagrało…

    PS: Popraw szybko w pierwszym akapicie: „FPS” na „TPS”, gearsy nigdy FPS nie były 🙂

  3. Pingback: Cliff Bleszinski - bożyszcze graczy? « Peace Grenade

  4. Jedynka byla nudna i schematyczna, ale mimo wszystko bym zobaczyl dwojeczke. Jezeli jest bardziej dynamiczna to chyba jest lepiej… Grafika wyglada bardzo ladnie, walka z tym gosciem co wymachuje korbaczem to juz w ogole kozak 🙂 Ciekawe, ciekawe- choc chyba wolalbym wydac Dinejros na Left4Dead

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s