Fahrenheit [PC, PS2, X]

fahretop

Quantic Dream to dziwne studio. Istnieje już od ponad dziesięciu lat, a na koncie ma zaledwie dwie produkcje, oraz dwie – dopiero w fazie zapowiedzi. Zapomnijmy chwilowo o najgłośniejszej z nich wszystkich, czyli Heavy Rain i cofnijmy się o trzy lata wstecz, wprost w puchatą zawieruchę Nowego Jorku, zwiastującą nadciągającą katastrofę. Wróćmy do Fahrenheita (alias Indigo Prophecy).

Głównego bohatera, Lucasa, poznajemy w toalecie restauracji typu B, pogrążonego w przedziwnym transie. Z woli tajemniczego zakapturzonego okultysty, morduje on zupełnie obcego mu człowieka. Oczywiście, tuż po nieprzyjemnym zdarzeniu odzyskuje świadomość i, z zadziwiającą wręcz przytomnością umysłu, oddaje swe losy w ręce gracza.

fahrscr1

Pierwsze chwile w Fahrenheicie są niezwykle chaotyczne, do czego z pewnością przyczynia się nie najlepiej funkcjonujące sterowanie, oraz zdrowo rąbnięty jak na przygodówkę interfejs. Miotam się więc po ciasnej toalecie, usiłując możliwie szybko zatrzeć wszelkie dowody. Już po chwili rozpaczliwego rąk mycia, podłogi wycierania i ogólnego chaosu, wynika kolejny problem a wraz z nim okienko w którym w trakcie oporządzania miejsca zbrodni, widać grzejącego siedzenie policjanta w pomieszczeniu obok. Policjant wstaje i miarowym krokiem zaczyna zmierzać w stronę WC. Niemal odruchowo wybiegam z pomieszczenia, mijając się z gliną, i sru! – w długą, do drzwi wyjściowych. Ale gdzie tam – kobieta za ladą zatrzymuje mnie – nie zapłaciłem rachunku. Podbiegam do niej ze świstkiem. Policjant otwiera drzwi toalety. Większość śladów usunięta – tyłek uratowany. Przynajmniej na chwilę obecną. Rachunek zapłacony. Glina zauważa fragment nieusuniętych śladów krwi, prowadzących do drugiej kabiny. Sprint do wyjścia. Paradoksalnie – jak po ogień wpadam na pokrytą białym puchem ulicę, jednocześnie w okienku obserwując reakcję niebieskiego. Procedura zatrzymania potencjalnych podejrzanych. Na szczęście nie ma mnie wśród nich. Jeszcze…

Fallow the white rabbit… – Początek Fahrenheita jest boski. Klimat wszechobecnego zagrożenia, zagubienia i chaotyzmu przytłacza i wcale nie chce słabnąć. Mamy tu bohatera – mordercę, o którym wiemy tyle, że z niewiadomych przyczyn ma spore problemy z umysłem, równie tajemniczego trupa i dziwacznego pana w kapturze a la Altair. Słowem – przenikliwa, wszechobecna pustka i niewiadoma. Po dodaniu do tego smyczków Angelo Badalamentiego (kompozytor odpowiedzialny za muzykę między innymi do Twin Peaks, Prostej Historii czy Dark Water) i frustrującego sterowania (które jednak trzeba konwersji oczywiście zaliczyć na minus), mamy już pełen obraz początkowej fazy „Indyjskiej Przepowiedni” – interaktywnego thrillera w pełnym tego słowa znaczeniu. Z czasem jednak, dość „kameralny” wątek niebotycznie się rozszerza, by po drodze sięgnąć kilka razy granic absurdu i po wcale niedługim czasie okazać się kolejną historią o Wybrańcu… uff…

fahrscr2

Nim dojdzie do zszargania znakomitego pierwszego wrażenia (o tym za chwilę), poznajemy bohaterów drugoplanowych – księdza i zarazem brata Lucasa, Markusa, oraz policyjnych wysłanników – Carlę Valenti i Tylera Milesa. Grywalne postaci w Indigo Prophecy mają tą niezaprzeczalną zaletę, że przekonują do siebie gracza i bardzo łatwo człowiek się do nich przywiązuje. A sytuacja jest tym ciekawsza, że równocześnie do odkrywania lucasowej tajemnicy, dwójką detektywów prowadzimy też śledztwo w sprawie wiadomego morderstwa. Dochodzi więc do tego, że grając kilkoma postaciami kibicujemy zarazem każdej z nich, co niewątpliwie podnosi walory fabularne gry.

Głównym superlatywem, przemawiającym na korzyść Fahrenheita, jest jego interaktywność. I nie chodzi mi tu nawet o możliwość przejścia danej sceny na kilka sposobów, a raczej o kwestię skutecznej, choć wciąż imitacji życia. Choćby takie prowadzenie rozmów – nie dość, że sposób sam w sobie jest tu herezją (poszczególne pytania zadajemy, wykonując odpowiednie gesty myszką, bądź gałką w padzie), to arcyciekawym rozwiązaniem okazuje się być… limit czasowy. Na filozoficzne rozważania nie ma w dialogach  miejsca, bowiem zmuszeni jesteśmy żywo reagować na podane propozycje. Jeżeli limit sekund pozostałych na rzucenie pytania się wyczerpie, nasz rozmówca uzna że go olaliśmy i dialog jako-taki się zakończy (można oczywiście do niego powrócić, ale i tak tego typu rozwiązanie robi piorunujące wrażenie). Przejawem urealnienie świata gry jest też kondycja bohatera. Wraz z rewelacjami jakimi doświadcza go historia, pasek dzielący do od szalenstwa (a nas – od sławetnego „Game Over”), topnieje. Z drugiej strony –  poprzez rozmaite, niekiedy błahe czynności, możemy wzmocnić psychikę postaci. Twórcy „subtelnie” zachęcają nas w ten sposób do poszukiwania interaktywnych przedmiotów, jednocześnie windując realizm produkcji. Kolejnym przejawem ich inwencji twórczej, są sekwencje QTE. Choć umieszczenie takowych w przygodówce wydaje się karkołomnym zabiegiem, o dziwo nie tylko zdaje egzamin, ale też dodaje opowiedzianej historii klimatu i smaczku.

indigoprophecy200507271048052041

Wszystko co dobre, blah blah… – No właśnie – o ile sam początek Fahrenheita jest po prostu perfekcyjny i w swej oszczędności robi kolosalne wrażenie, o tyle wraz z rozwojem fabuły cała ta hermetyczność zaczyna powoli zanikać. Ba! – co ja mówię, powoli… Klimat ulatnia się tu bowiem tym boleśniej, że bez uprzedzenia. Po prostu – jest w dziele QD taki moment, w którym thriller fantasy w przeciągu kilku minut gry zmienia się w science-fi, do tego dosyć banalne w formie. Bo i jak, do cholery, skwitować ucieczkę przed gigantycznym roztoczem, które – nawet jeżeli (jak zapewniają nas twórcy) urojone, daje w powyższej scenie efekt co najmniej komiczny (bo urocza scenka rodzajowa dzieje się w siedzibie wielkiej korporacji, wiadomo – setki bliźniaczych boksów, wszyscy znają Dilberta). Doprawdy – oszczędzę dalszych szczegółów, bo musiałbym streścić co ważniejsze wydarzenia, jednak myślę że nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że końcówka Fahrenheita ssie. I to ostro. Co jednak trzeba jej przyznać – do końca trzyma w napięciu. Problem w tym, że to napięcie lubi uciekać w niepożądane (przynajmniej przeze mnie) strefy i wciąga raczej z pobudek, które ongiś motywowały nas do oglądania kolejnych odcinków Pokemona czy DBZ. A chyba nikt nie byłby zachwycony, gdyby w wiadomej scenie takiego Blair Witch Project miast enigmatycznej postaci, ujrzał – dajmy na to – Bisona, hm?

fahrenheit_caught

Quantic Dream… or nightmare? – Od strony graficznej, Fahrenheit trzyma klasę. Owszem – produkcja miała pecha o tyle, że ukazała się w przysłowiowy przeddzień rozpoczęcia na dobre nowej generacji. Dziś oprawa wideo wciąż robi pozytywne wrażenie, aczkolwiek nie ma co ukrywać – modele, tekstury czy mimika postaci przez trzy lata straciły wiele ze swej atrakcyjności. Wciąż jednak smaczku dodają grze ficzerki – a to filtr graficzny, utrzymany w konwencji telewizyjnej kaszy, a to bardzo ładnie zrobiony śnieg… Z pewnością jednak, elementem który najlepiej zniósł próbę czasu, jest animacja. Znakomity motion capture zrobił swoje. Nawet jeżeli dawno przywykliśmy już do ładniejszych modeli 3D, nie sposób nie zachwycić się doskonale oddaną zabawą w berka dzieciaków w parku, czy złożoną animacją początkowego mordu.

Co się zaś tyczy oprawy audio – jest po prostu znakomita. OST wystawia swemu twórcy, uwzględnianemu już w recenzji Angelo Badalamentiemu, zaiste doskonałe świadectwo. Ścieżka dźwiękowa buduje klimat w doskonały sposób – soundtrack jest w znakomitej większości spokojny, jednak przez wszystkie utwory powtarza się lekka nuta niepokoju. Miażdży zresztą już sam utwór z menu, stanowiący idealne zestawienie z oślepiającą bielą widocznej zamieci. Oprócz oryginalnej orkiestry, w trakcie gry usłyszymy także kilkanaście utworów rozmaitych artystów. Rozpisywać się nie będę, bo i nie warto – to raczej osobna, wyodrębniona całość, służąca jako element interaktywności (w końcu po coś ta wieża/radio stoi w pokoju…). Ocena pozostaje kwestią tylko i wyłącznie gustu, nie każdy musi przecież lubić mieszankę rocka, grunge i reggae jaką raczy nas Fahrenheit.icon_games2_sep17

Eksperyment Psycho – Ostatnia jak dotychczas gra studia Quantic Dream, to ważny, a nawet przełomowy element świata przygodówek. Ta zręczna hybryda klasycznego gatunku, thrillera sci-fi i gry akcji, to niewątpliwie ciekawy, choć też skrajnie nierówny eksperyment. Ciekawe szkice wielu postaci, charakterystyczny dreszczyk i filmowość miesza się tu z niezrozumiałymi rozwiązaniami fabuły, jak również z galerią „bezpłciowych” bohaterów, którym nie wiadomo kto i po co podarował epizod w grze. Historia obfituje w zawiłości, jednak scenarzysta zdał się w trakcie jej pisania sam w jej meandrach zagubić, przez co końcówka przywodzi na myśl styl zakończenia rodem z Kinga – jest szybko, efektownie i bez sensu. Amen.

boromi

8plus11

Advertisements

8 uwag do wpisu “Fahrenheit [PC, PS2, X]

  1. Niesamowity początek, potem już tylko lepiej, aby na końcu zamienić się w… coś naprawdę dziwnego oO. Mimo to Fahrenheit to naprawdę dobra gra i każdy szanujący się gracz powinien ją znać, a najlepiej to ukończyć ;]

  2. Cóż więcej tutaj dodać – końcówka jest skopana, fakt, ale przez 85% czasu gry siedziałem jak na szpilkach. Zależności, jakie w tym świecie panują, kontrola nad trzema postaciami i mała zabawa w Boga (pomogę Ci, Łukasz, nie znajdą tego noża) daje po czerepie ostro. Jedna z najlepszych gier tamtej generacji.

  3. Fabuła zaczyna się według mnie obiecująco. Czytając kiedyś w pewnym czasopiśmie (Clicku?) recenzje zainteresowałam się grą. Jednak nie zakupiłam jej, ponieważ nie lubuję się w przygodówkach. Dopiero, gdy Fahrenheit pojawił się w taniej serii skusiłam się na zakup. Na początku może i sterowanie (jak wspomniałeś) nie jest najlepsze. Sama na początku nie mogłam się połapać :p Ale po czasie przyzwyczaiłam się i polubiłam ten typ sterowania 😉 Przypominało mi to bardziej grę zręcznościową (w końcu Fahrenheit częściowo nią jest). Wracając do fabuły. Z czasem wydawała mi się już za bardzo wymyślona, dziwna i nie pasująca do klimatu gry. W momencie, gdy dowiedziałam się, że… No właśnie, że przyczyną było coś niewytłumaczalnego. Według mnie niepotrzebnego i bezsensownie wplecionego w fabułę. Gdyż miałam nadzieję, że w Fahrenheitcie nie będzie żadnych niestworzonych rzeczy. Jednak, co tu dużo gadać ta gra jest inna, innowacyjna i każdy musi w nią zagrać. Nie ważne, czy jest fanem zręcznościówek i przygodówek. Każdy musi, ze względu na klimat, początkową fabułę i kompletnie inną rozgrywkę :]
    PS Końcówka jest jak z Matrixa 😛 Kompletnie inny świat.

  4. najwieksze rozczarowanie poprzedniej generacji (wieksze nawet niz MGS3 :O!). to samo co z Valkyrie Profile 2 – zaczyna sie fajnie i cacy a kończy w klozecie. David Cage De Gruttola to zaiste mesjasz gier, lol!

    co muszę jednak odać tej grze to muza Badalamentiego i najsensowniejsze (co nie znaczy ze najlepsze) QTE jakie widziałem.

  5. też uwazam ze sterowanie jest nawet nawet i jak wspomniaęłm przez QTE sie wręcz płynie (nie to co w Shenmue powtarzenie jednej cholernej sekwencji 20 razy ;/) ale ta gra ma wieksze grzechy na sumieniu. ciekawe swoja drogą co pokaże Chocolate Rain (sic!)…

  6. Częściowo mea culpa, może za mały akcent położyłem na słowo „konwersja” (pada w środku recenzji, ale zapewne powinienem je postawić już w pierwszym wytknięciu). Port od strony kontrolków zbeształem, aczkolwiek wpływu na ocenę nie ma – choćby dlatego, że trudno w recenzji multiplatformowej gry stosować zasadę najsłabszego ogniwa…

  7. Mi sie gra podoba, klimat 7 , zagubienia, zaszczucia i obledu… Ale ucieczka przed roztoczami jest faktycznia kupa, gry jeszcze nie skonczylem ale ciagnie do niej strasznie 🙂 Dobry tytul.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s