Planet Moon

top

Rynek gier na PC jest dla deweloperów bardzo przystępny. Owszem – żeby sklecić dobry kawałek kodu, tutaj też trzeba mieć to Coś, jednak niewątpliwie wydać produkcję na blaszaka a na konsolę, to dwie różne bajki, przy czym ta druga – znacznie poważniejsza. Przyczynia się to do olbrzymiej ilości chłamu, jaka co roku ląduje na piecyku. Dziś jednak bedziem się na Peace Grenade odchłamiać, choć… nie do końca. Doskonały debiut osobliwego teamu, który dokonał się ponad osiem lat temu, nijak nie zapowiadał takiego zwrotu w karierze księżycowych…

Stworzone przez pracowników niedawno upadłego studia Shiny Entertainment (MDK, Messiah, Earthworm Jim, Sacrifice) Planet Moon, miało z pewnością potencjał, jak również bagaż doświadczeń, jednak nikt chyba nie spodziewał się tak udanego debiutu. Podczas gdy świat ledwo zdołał otrząsnąć się po sromotnym rozczarowaniu, jaką była Daikatana, to właśnie Giants pokazało, jak od strony technicznej powinien wyglądać dynamiczny shooter.

25032„Timmy!!!” – “Giganci” są produkcją ze wszech miar udaną. Gra praktycznie nie zestarzała się ani o jotę – grafika, mimo że trójwymiarowa, wciąż sprawia bardzo dobre wrażenie, muzyczny ambient nadal mile łechce ucho, a akcja… akcja dalej jest najjaśniejszym punktem produkcji. Zacznijmy jednak od początku – liniowa fabuła podzielona jest na 3 części – rozgrywaną rasą Meccaryan (gwiezdni komandosi), Sea Reaper (skąpo odziane żeńskie istoty magiczne) i Kabuto (bydle wielkie jak góra, starożytna rasa zbuntowanych sługusów Władczyń Mórz).

Wspominanej już tyle razy akcji warto poświęcić osobny akapit. Debiutanckie dzieło Planet Moon do dziś pokazuje, że wizjonerzy wyjątkowo skutecznie bronią się przed mistycznym Zębem Czasu. Istotnie – nawet w dobie Assasin’s Creeda, Prince Of Persia czy God of War, plecak odrzutowy, strzelba i gromada niemilców wystarczą, by osiągnąć błogostan. A co powiecie na fakt, że “Obywatel” ma w sobie też wyraźne elementy… RTS-a? Tak tak, Panowie i Panie, coś podobnego pojawiło się na długo przed opiewanym w pieśniach Spellforce’em i – co najważniejsze – sprawdziło się równie dobrze. Kampania często stawia nas w roli przywódcy ledwo prosperującej osady. Ta gra naprawdę niszczy umysł, dynamiczne rajdy po surowce, w międzyczasie potyczki z wrogami, rozbudowa miasta… Oj tak – jeżeli przyjmiemy że każdy szanujący się gracz powinien o istnieniu Planet Moon wiedzieć, to właśnie ze względu na Giants: Citizen Kabuto. A że w 2001 roku na PS2 ukazał się (ponoć całkiem niezły) port, nawet wstręt do PeCeta nie jest ku temu przeszkodą. 😉

giants1

Pamiętam doskonale ten tytuł – w 2003 roku wywołał niemałe poruszenie. W zapowiedziach wspominało się, jakie to Giants było świetne, miodne, perfekcyjne. Ludzie spodziewali się więcej tego samego – free roamingu, widoków rodem z “Niebiańskiej Plaży” i zręcznego połączenia zarazem lekkiej i wymagającej rozgrywki. Tymczasem dostali… “Armed & Dangerous”.

armed

„Death to The Salad Eaters!!!” – Z “A&D” było sporo zamieszania, wywołanego głównie wielkimi oczekiwaniami. Tymczasem twórcy spełnili je… fragmentarycznie. Otóż – kolejny z kolei produkt PM, to już gra akcji pełną gębą. Szkoda tylko, że w swym postanowieniu uczynienia gry jeszcze dynamiczniejszą, twórcy zapodziali gdzieś nie tylko doskonałe elementy nieliniowości i RTS–a znane z Giants, ale i cudowną arcade’owość pojedynków. W ogóle – “Uzbrojeni i Niebezpieczni” sprawiają wrażenie gry niedopracowanej, produktu pozbawionego ostatecznego szlifu.

Następcę “Obywatela” dziś ratuje całkiem niezły w swej absurdalności humor. O bólu związanym z topornym sterowaniem pozwala zapomnieć już sam skład bohaterów (którzy, co ważne, są znacznie bardziej charakterystyczni i udani). Główny heros to w Armed & Dangerous Roman – przypominający Roma-terrorystę rebeliant przeciwko żelaznej władzy króla. Resztę kompanii Lwich Serc stanowi Q – robot o wyglądzie rzymskiego Centuriona i angielskich zboczeniach (Tea Time!), Jonesy – człowiek-kret oraz Rexus – wiekowy, zdziwaczały wróżbita. Olbrzymim zmianom uległy realia. O ile w Giants: Citizen Kabuto przypominały po trosze futurystyczne krajobrazy z późniejszego FPS-a ze stajni Crytec, Far Cry’a, o tyle w Armed & Dangerous otrzymaliśmy przedziwną mieszankę Władcy Pierścieni (orki, czary, potwory), angielskiego folkloru (elementy architektury, niektóre motywy, wygląd wielu postaci) i czasów współczesnych (uzgrojenie). Wszystko to, okraszone olbrzymią dawką niewybrednego, specyficznego humoru podano. Efekt?

armed2

Ano, efekt był nienajgorszy, ale i za mało w tym eksperymencie elementów ponadczasowych, by mógł zachować się do dnia dzisiejszego tak pięknie, jak projekt debiutancki firmy. Dziś A&D straszy archaicznie topornym sterowaniem, nudzi schematycznością misji i bawi pokaźnymi ładunkami angielskiego humoru. W całość (dzięki Bogu!) nieco świeżości wprowadza niekonwencjonalne uzbrojenie z bombą grawitacyjną na czele (wrogowie “spadają do nieba”), jednak – umówmy się – nie jest to coś, co zainteresuje kogoś innego niż fana bądź gatunku, bądź samego Planet Moon. Dla tychże mam jedynie informację, że konwersja ostatniej PeCetowej gry z tej stajni jest jak najbardziej dostępna dla użytkowników X-boksa i X360 (wsteczna kompatybilność).

Wraz z Armed & Dangerous, zamknął się dla Planet Moon pewien etap: zaczęli tworzyć gry jedynie pod konsole. By jednak nie było za wesoło – ich targetem stało się PSP. W 2005 roku pokazali jednak, że niesprzyjające warunki nie muszą oznaczać spadku jakości (no… może delikatny, nieznaczący). Efektem manewrów na handheldach jest Infected.

infected_psp_04

Roger… – Ostatnia gra PM jaką dane mi było ukończyć, jest właśnie Infected. Tym razem, panowie zdecydowali się zupełnie porzucić “fizyczną” obecność fabuły. Mamy tu bowiem kilkanaście filmików z nią związanych, ekran wyboru misji, oraz całkiem sporo nagranych dialogów, stylizowanych na wyjęte wprost z policyjnego kanału krótkofalówek. Wbrew pozorom, specyficzny humor pozostał i już po kilku minutach daje o sobie znać. Pod tym względem, Infected przypomina (świetną skądinąd) komedię, Wysyp Żywych Trupów. Efektu dopełniają rozbrajające audycje z udziałem obrońców praw Zombie.

inf_111

Pomimo (momentami) naprawdę niezłych gagów (jest sporo odniesień do poprzednich gier PM, w tym nieśmiertelne “Timmyyy!!!”), Infected poraża prostotą. I to poraża w niekoniecznie pozytywny sposób. Cóż – rozumiem, że panowie chcieli za wszelką cenę zakpić z rzeszy bezpłciowych filmów o ożywieńcach, ale oszczędność w opisach bohaterów jest chyba jednak przesadzona. Wcielamy się tu w szeregowego Stevensa o którym wiemy tyle, iż jest ostatnią nadzieją ludzkości – jest bowiem odporny na śmiercionośnego wirusa. Szczytem kiczu jest także jego uzbrojenie – nasz heros do dobijania zombiaków otrzymał strzelbę zasilaną wprost z… krwiobiegu. Pociski z własnej posoki? Hmm… Koniec końców jednak, mimo przeładowania gry przemocą i – standardowo już – dość prostackim, acz wciąż śmiesznym żartem, Infected uważam za grę niezłą. Brakuje jej wiele do ogólnego poziomu Giants czy uroku bohaterów A&D, ale jednak ten Serious Sam w konwencji TPP trzyma poziom.

Wydawało się, że Planet Moon na dobre zadomowiło się na handheldzie Sony. W dwa lata po premierze Infected, ukazała się kolejna produkcja na PSP – comeback lubianego After Burnera, ongiś wydanego na NES-a. Powrót w tropikalne realia, przesycone ciepłymi barwami, tym razem w roli pilota…? AB ponownie pokazał klasę i został doceniony przez recenzentów (i przyznam szczerze, że After Burnera znam póki co jedynie ze screenów). A co było dalej?

after-burner-black-falcon-20070316103504046

Bieda, panie… – Ostatni chwalebny epizod w historii PM przypada niestety właśnie na After Burnera. Firma jakby zgubiła wątek i całkowicie porzuciła dobre zwyczaje. Mówiąc wprost – póki co, Planet Moon siedzi w bagnie gatunku casual. Zaczęło się od Smarty Pants – biednej kopii Buzza, wydanej na Wii. Swoją drogą, produkcja owego “teleturnieju” trwała podejrzanie krótko – posiadacze konsoli Nintendo mogli ją zakupić jeszcze w roku wydania After Burnera (2007). Nic to – wśród dziennikarzy Smarty Pants nie odniósł sukcesu, przyszła więc pora na kolejną produkcję. Tym razem – o zgrozo! – Planet Moon postanowiło sparodiować (bo inaczej nie da się tego nazwać) Guitar Hero. W efekcie, ponownie na Wii, ukazało się Battle of The Bands. Ponownie zjechane równo, poprzez zawodzące sterowanie i ogólną nieudolność. Okazało się jednak, że te dwa potworki to jedynie wstęp, swoiste przygotowanie do kolejnego upodlenia…

178148-6-2

O tym, ostatnim póki co epizodzie, wolałbym z sentymentu do PM nie wspominać. „Booty Blocks” i „Brain Quest”  – te tytuły, stworzone (kolejno) na iPhone’a i DS-a, przyniosły absolutny kres pierwotnej formule gier tego teamu. BB jest klonem Puyo-Puyo (gierka logiczna w stylu kultowego Tetrisa), BQ zaś – prościutkim (tak w formie, jak treści) quizem dla najmłodszych. Dalszy komentarz, doprawdy, jest zbędny. Panowie wybrali lekką dróżkę popierdółek i za to, mówiąc z pozycji gracza, należy się im solidny lincz. Póki co, lista wydawnicza świeci pustkami. Z czasem, być może (oby!) się to zmieni i Planet Moon nawróci się na jedynie właściwą drogę, z której powoli skraczał już od kilku ładnych lat…

boromi

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Planet Moon

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s