Avatar

W chwili gdy ludzie zapierający się rękami i nogami przed s-f ustawiają się przed kinem by kupić bilet na film o niebieskich kosmitach broniących swej planety, warto się tym zainteresować. Avatar za sprawą użycia niesamowitej technologii i przy poparciu potężnego marketingu pakuje kolejne miliony do kieszeni James’a Camerona, który nareszcie nakręcił swój wymarzony film. Ale czy spełnienie jego marzeń cokolwiek nam daje?

Daje – (aż tylko) ponad dwie przyjemnie spędzone godziny. Możliwe też, że poszerzy horyzonty kilku osób na tyle, że przynajmniej spróbują zapoznać się z innymi obrazami s-f. Avatar to dla mnie właśnie taki „wprowadzacz” w świat obcych cywilizacji, podróży międzygwiezdnych i niesamowitych technologii. Lekkostrawny, piękny, nie ogłupia, nie odrzuca skomplikowaniem. Historia kręci się wokół ludzi, chcących wydobyć najcenniejszy materiał na, do bólu wręcz zalesionej, planecie Pandora. Pech jednak chce, że największe złoża upragnionego kruszcu znajdują się pod siedzibą plemienia przypominającego skrzyżowanie elfa z dzikim kotem, smukłych i błękitnych, Na’vi. Ponieważ klimat Pandory jest nieprzyjazny ludziom, przemierzają ją w tzw. Avatarach – czyli „ciałach Na’vi”, które wypełniają swą jaźnią dzięki specjalnym komorom (na zasadzie bardziej skomplikowanego modelu R/C). W ten sposób, są w stanie też bliżej poznać obcą sobie kulturę i powymieniać się doświadczeniami… mniej więcej.

Najbardziej bolesną dla fanów kina informacją, jest fakt, że były (stracił czucie w nogach) marines Jake Sully w ciele swego Avatara gubi się w obcym środowisku, a przed śmiercią ratuje go nie kto inny jak piękna księżniczka Neytiri. Oczywiście to ona potem się nim zajmuje, a jej chłopak jest bardzo zazdrosny i niemiły dla Jake’a. W ten oto sposób zły najeźdźca z Ziemi staje się częścią Omaticaya, zakochuje się we wszechobecnej przyrodzie, zauważa okrutność wojska i zaczyna pragnąć Neytiri.

Sztampa, prawda? Na całe szczęście dzieje się ona pośród zapierających dech w piersi krajobrazów. Latające góry, drzewa wielkości drapaczy chmur, fluoryzujące stworzenia i rośliny, kreatury nasycone barwami… każda scena z tego filmu może zostać zamieniona na tapetę na pececie 😉 Monumentalności kolejnym ujęciom nadaje również muzyka, wręcz pompująca patos w żyły. Jeżeli zatem przez 15 lat Cameron czekał tylko na komputery, które mogą ładnie przedstawić planetę jaką sobie wymyślił w głowie to… coś tu jest nie tak. Gdyby porównać go do dwóch innych „robiących co chcą” reżyserów (pierwsi którzy przyszli mi do głowy) to nie wypada to za dobrze. Quentin Tarantino i Tim Burton potrafią dużo mniejszym kosztem przedstawić równie ciekawe światy, przy okazji wybijając się ponad przeciętność ich stylem i poziomem fabuły. Mimo to nie będę się usilnie czepiał prostoty Avatara, ponieważ lubię ten schemat.

Lubię starcia czystego zła z czystym dobrem, żyjącym w idealnej harmonii z naturą i wielkim duchem. Dobre i mądre plemię kontra rządni zysków najeźdźcy, Pocahontas bez piosenek, krytyka dla wzajemnego braku zrozumienia i braku szacunku wobec innych kultur – takie to wzniosłe, że aż może się spodobać. Nawet pomimo braku próby rozwoju osobowości naszych bohaterów, braku niespodzianek i podawaniu wszystkiego w jak najprostszej formie . Na ten film idzie się dla dwóch rzeczy: efektów i… Neytiri, przynajmniej dla męskiej części widzów jest ona całkiem niezłą atrakcją. Jej bardzo ludzkie, i jednocześnie bardzo dzikie rysy twarzy, wraz z wielkimi oczami i niesamowitą gracją ruchów sprawiają, że można zapomnieć o tym, że nie istnieje, ma prawie trzy metry wzrostu, oraz jest przedstawicielkom innego gatunku.

Avatar to udana baśń, która znalazła sobie gigantyczne grono odbiorców. To dobrze, ciężko jednak zachwycać się czymś innym niż jej strefą wizualną – nawet jeśli podnosi standardy i wykonuje kolejny krok w historii kina. Całe szczęście, że w tym całym przepychu znalazł się też umiar (którego Michaelowi Bay’owi wyraźnie zabrakło w Transformers 2), który nie pozwala nazwać wszechobecnego CGI zwykłym efekciarstwem. I to jest właśnie główny powód dla którego film ten wypada bardziej na plus, niż minus.

Nawet jeśli w kwestii „ekologicznego przesłania” pozostaje w tyle, za Princess Mononoke, i jeśli nie może się równać z dosadnością i świeżością District 9, które pozamiatało w tym roku (i nie tylko w tym) w gatunku s-f, to dalej jest to widowisko, które warto zobaczyć. Nie nastawiajcie się na zbyt wiele, chłońcie obraz, a będzie dobrze.

cascad

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Avatar

  1. Zdecydowanie zgadzam się z Twoim zdaniem. Mnie Avatar rozczarował jako film. Niby można się było tego spodziewać, ale jednak po imo całkiem niezłej fabularnie (w każdym razie – mnie tam specjalnie nie raziła sztampa) pierwszej połowie, zrobiono całą batalię o Pandorę. Ociekającą kiczem, tragikomizmem i zbędnym, sztucznym patosem. Fail.

    Poza tym jednak – widowisko fantastyczne i warte zobaczenia, choć wykorzystanie efektu 3D mizerne. Przynajmniej w kinie w którym byłem ja „Avatar” przegrywa pod tym względem choćby z Opowieścią Wigilijną.

  2. no mnie ten film nie zachęci do obejrzenia innych filmów s-f, ale to nie znaczy ze Avatar mi sie nie podobał był naprawade Spoko moze dlatego ze w kinie ogladalem a nie w domu pozdro zartowalem idealny film 9 na 10.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s