Darksiders [X360, PS3]

Akcja i przygoda to konkretny duet, gracze zawsze witają go z otwartymi szampanami, parasolami i oczywiście rękami – tak właśnie należałoby też przyjąć Darksiders. W dziele Vigil Games zabrakło trochę pasji i matczynej miłości, jednak oferuje na tyle zróżnicowaną zabawę, że głupio byłoby je przegapić. Otrzymujemy bowiem interaktywny koniec świata, w typowo amerykańskim sosie. Trąci to McDonaldem, ale żołądek syci nienajgorzej.

Naszym bohaterem jest osoba bez której owa impreza nie mogłaby się odbyć – to jeden z jeźdźców apokalipsy, Wojna (War). Cały ambaras wiruje wokół zamieszania związanego ze słynnymi biblijnymi pieczęciami zwiastującymi sąd ostateczny. Zerwano sześć z nich, tajemnica siódmej rozwikła się wraz z postępami w grze. Przybywamy na Ziemię w dość nieprzyjemnych okolicznościach: zarówno aniołowie jak i demony widzą w nas wroga, znajdujemy jednak sprzymierzeńca w postaci Samaela (dla tych co z religiami są na bakier – to lamentujący anioł, który zszedł poniżej piekła i świata ludzi, by założyć tam własne królestwo), który w zamian za pomoc w uzyskaniu wielkiej mocy, obiecuje nam dotarcie do finalnego pojedynku z…

Tyle wystarczy w kwestiach fabularnych, zresztą to nie o fabułę w Darksiders chodzi, lecz o konkretne… krążenie po lokacjach. Gra jest przepełniona akcją i pojedynkami z bardziej lub mniej demonicznymi przeciwnikami. Ich asortyment jest naprawdę szeroki, od małych po dużych, ziejących ogniem, trujących, znikających, szybkich, wolnych, upierdliwych, niebieskich, zielonych, czerwonych… jest ich masa i naprawdę szkoda, że autorzy wobec takiej pomysłowości zdecydowali się na najprostszy możliwy system walki. Zabrano nam nawet klasyczny podział na lekkie i mocne uderzenia mieczem – tu wszystkie akcje wykonujemy jednym przyciskiem, podczas gdy drugi jest przypisany dodatkowej (mamy aż dwie do wyboru) broni. Połączono to z blokiem, który działa tak sobie – gdyż dzieli przycisk z dashem, czyli szybkim przemieszczeniem się w jakąś stronę. Wystarczy podczas blokowania za wcześnie/późno puścić gałkę i zamiast zatrzymać atak oponenta, Wojna robi hyc wprost pod jego ostrze. Nie fajnie. Środowisko gry jest w pełni trójwymiarowe zatem zamiast zdać się na słabą pracę kamery, sami możemy zgubić cel. W większych zadymach pomaga trochę opcja skupiania się na jednym z wrogów, ale nie zawsze jest to „ten” o którego nam chodzi. Repertuar ciosów możemy sobie całkiem nieźle rozbudować, choć nie zmienia to faktu, że naciśnięcie cztery razy jednego przycisku to największy combos w tej grze, a najbardziej złożona kombinacja to trzy przyciski. Mogło być trochę lepiej, bo jakieś 60% czasu poświęcamy na wyżynkę, resztę stanowią zagadki zbudowane na wzór serii The Legend of Zelda.

Gra wrzuca nas, w przerwach od walki, do kolejnych światów, które momentalnie kojarzą się z dungeonami z epopei Nintendo. Każdy ma swój motyw przewodni (pająki, woda, ogień etc.) i od początku do końca zmusza nas do korzystania z jakiegoś gadżetu. Raz roszady nastawione są na rzucanie bombami, innym razem na użycie bumerangu czy specjalnych portali. Jest to fajne i przyjemne aż do przesady, o przemęczenie mózgu tu bardzo trudno. Klucze i dźwignie są kilka metrów od drzwi, które otwierają, mapka jest do ciągłej dyspozycji, a niemal wszystkie rozwiązania przychodzą nam do głowy gdy tylko zobaczymy daną miejscówkę.

Do tej pory zbudowałem wam obraz Darksiders jako produktu z dużym światem i zerową możliwością zacięcia się. I tak faktycznie jest – ciężko jest mi przypomnieć sobie więcej niż jeden wymagający odcinek gry. Sam początek zabawy też nie wypada szczególnie wybitnie i trzeba go nieco przeboleć by dostać się do pierwszej, większej, zapełnionej słońcem krainy. Gdy już do niej dotrzemy ciężko będzie się oprzeć parciu dalej. Walki z Bossami wypadają bardzo różnorodnie, kolejne gadżety zmieniają niemal całkowicie styl gry a gdy już dosiądziecie konia… no, serio – galopowanie na piekielnym wierzchowcu tuż obok głowy sunącego po ziemi gigantycznego-demona-robala, żeby zdjąć mu „kaganiec” to rewelacyjna sprawa! Tego typu momentów udało się autorom przemycić do DS aż kilka, co definitywnie ma wpływ na podniesienie oceny i ogólny odbiór tytułu.

Graficznie jest bardzo płynnie i stabilnie, choć nie za ładnie. Sam silnik prezentuje się pozytywnie potrafiąc wyrzucić nas na naprawdę duże tereny pełne kilku rodzajów przeciwników. Odbywa się to bez wodotrysków, ale czego nie zdobywa się shaderami, bump mappingami i innymi blurami można, jak widać, nadrobić ilością obiektów na ekranie. Design to inna sprawa, z nim jest już gorzej – o ile samo zaprojektowanie poziomów i zagadek wypada logicznie, komiksowo, przejrzyście & przyjemnie, tak same postaci są tak zamerykanizowane, że trochę ciężko się to obserwuje. Demony wyglądają jak diabełki, wielkie potwory jak setki innych wielkich potworów wcześniej, na cmentarzu czekają na nas standardowe nietoperze i wiedźmy, aniołowie to jasnowłose istoty w złoto-błękitnych szatach etc. sztampa sztampę goni. W kwestii dźwięku jest bardzo dobrze, muzyka nie przeszkadza, a voice acting nadaje konkretnej głębi postaciom. Każda z ról została naprawdę dobrze zagrana, brawa dla reżysera.

Wojna wybrał się na naprawdę długą przygodę, co stanowi dziś ogromny plus. Pierwsze przejście gry na normalu zajmuje co najmniej 16 godzin, a dla chcących poszpanować acziwmentami/trofeami czeka tona znajdziek rozsianych po ziemskich kątach. Zebranie ich to zadanie lekko karkołomne, gdyż po spoooorej dawce backtrackingu podczas standardowego przejścia, ciężko zapalić się na myśl o kolejnych godzinach spędzanych na przemierzaniu (powtórzę to) mało wymyślnych lokacji, tylko po to by znaleźć małą skrzynkę z małym kamyczkiem. Oczywiście tak mnoga zawartość nie stanowi o słabości Darksiders.

Od dawna nie pojawił się tak duży kąsek dla fanów klasycznej, konsolowej akcjo-przygody. THQ wypada pogratulować wypromowania nowej marki (gra sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy i już wiemy, że powstaje sequel). Bardzo przystępny tytuł, którego bohater ma masę roboty. Za tą długość i parę mocnych sekwencji należy się DS uwaga. Gdyby tytuł ten ukazał się z bardziej złożonym systemem walki, oryginalnym designem i bez dłużyzn to nie wąchałbym się nad bardzo wysoką oceną. Na razie mamy rozrywkowe, mocne rzemiosło przy którym można stracić poczucie czasu. Pierwsza wielka niespodzianka 2010 roku i odwrót od wielu trendów, które zdominowały nasza kochaną branżę gier. Jak możecie, to dajcie szansę.

cascad

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Darksiders [X360, PS3]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s