O DeathSpank [XBLA, PSN]

Gry nawiązujące do szalonego, mocno kreskówkowego humoru stanowią miłą odmianę od produkcji tak wielkich, że aż nadętych. DeathSpank, pomimo ukazania się tylko w cyfrowej dystrybucji od razu wskoczył do czołówki tego typu tytułów. Nie jest finezyjny ani mądry, ale swa prostotą i pokazaniem w krzywym zwierciadle schematów, które od lat rządzą RPGami przykuwa do siebie na długie godziny.

By być konkretnym – DeathSpank to imię głównego bohatera wyposażonego w mały rozumek i szerokie bary (przypomina mi Sticka), który chcąc udowodnić to jak wielkim herosem jest, podejmuje się znalezienia artefaktu o nazwie The Artifact. By do niego dotrzeć potrzeba będzie kilku godzin siekania’n’rąbania w bardzo dobrej oprawie i leciutkim systemie.

Gra jest jedną wielką kpiną co na początku wydaje się być mocno nachalne. Prezentuje sobą coś w stylu komedii absurdów z Lesliem Nielsenem, albo się takie rzeczy lubi albo nie. Ja nie lubię, jednak po dość problematycznym początku na tyle się rozkręciłem w zabawie, że zobaczyłem jej drugie dno. Im dalej zagłębiamy się w DS tym jest po prostu lepiej. Postaci zaczynają rzucać inteligentne dowcipny, które ucieszą każdego fana gier. Samo robienie questów (jest ich ponad 100!) to niesamowita jazda. Czasem dostajemy poważne zadanie jak odnalezienie porwanych sierot, czy pogodzenie pokłóconego małżeństwa, innym razem DeathSpank spyta się wprost „postaci o małym znaczeniu fabularnym” czy nie ma jakiegoś questa, który wymaga nadludzkiej odwagi i przyniesie mu sławę.

Gra idzie szlakami poważnych RPGów w których co chwilę ktoś wysyła nas po bezsensowne zadania polegające na robieniu bardzo głupich rzeczy. Ale przy tej koncepcji to, paradoksalnie, ma sens. Szkielet zabawy to chodzenie po kolorowym świecie „nawiniętym” na kule (charakterystycznie znikający nam za plecami horyzont) od wioski do wioski, od obozu orków do obozu orków itd. Siepiąc co popadnie zwiększamy swój level, co daje nam możliwość zadawania mocniejszych szlagów i przedzierania się przez zastępy mocniejszych oponentów. Po drodze zdobędziemy jeszcze elementy zbroi, sprzęty i oręż ułatwiające zabawę. W razie porażki, odradzamy się po prostu w najbliższym wychodku, który pełni rolę zarówno teleportu do innych wychodków na mapie świata, jak i klasycznego checkpointu.

Pod każdy z czterech przycisków akcji (plus kolejne cztery z krzyżaka) możemy przypisać jedną z broni, niosących śmierć. Różdżki, siekiery, młoty, miecze, kusze – bierzemy ze sobą cokolwiek co pomoże nam np. uwolnić sprzedawcę ze smoczego brzucha (ślady znajdujemy w postaci notatek w… smoczej kupie) lub poskromić prążkowanego, szablozębnego osiołka. Gra mocno powtarza swą formułę „idź tam, zabij wszystko i przynieś mi co znalazłeś” jednak w dziwny sposób ciężko poczuć znużenie. W pewnym momencie zabawy miałem 21 napoczętych questów! Przeróżnymi misjami jesteśmy wręcz zalewani, tak żeby czuć tajemniczy ciąg do rozprawiania się z nimi, by zobaczyć jaki świetny dialog nam to przyniesie, jaką broń, jakie kolejne zlecenie. Budzi to syndrom znany z Gran Turismo, gdy zdamy jakąś licencję, kupimy dobry wóz i mamy ochotę jak najszybciej obskoczyć w nim wszystkie nowo odblokowane wyścigi. Niby to tylko jazda od startu do mety, ale ciągnie do niej bardziej niż na imprezę z didżejem bobo. Analogicznie jest z DeathSpankiem.

Wspominając o dialogach – to one budują ten tytuł, i nie chodzi tu nawet o lekkość z jaką zostały napisane, tylko o jakość voice actingu. Aktorzy spisali się wręcz genialnie odgrywając swe postacie z patetyczną przesadą, wyposażając je w pełen wachlarz akcentów, które posiada język angielski. Z pewnością, osoby znające dobrze dialekt synów Albionu będą miały dużo większą uciechę z rozgrywki, niż ci, którym natura odmówiła talentu lingwistycznego. Mając drugiego pada można nawet zaprosić do pada swojego towarzysza (wystarczy, że wciśnie ‘start’), odgrywającego rolę czarodzieja wspomagającego DeathSpanka swymi zaklęciami.

Teatralny design to następna rzecz jaką należy mieć na uwadze – pomieszanie otwartego świata i obiektów trójwymiarowych z dwuwymiarowymi, w naprawdę wysokiej rozdzielczości jest stylowe. Jest dobre, ładne i ma prawo budzić podziw. Przecież to gra w cyfrowej dystrybucji, a zawiera masę świetnych dialogów, trzydzieści odmiennych lokacji, TONĘ zadań do zrobienia, sporo zagadek i niekończące się rąbanie mieczem. Spędziłem przy niej około 14 godzin co bije na głowę nie tylko ‘bezpudłekową’ konkurencję, ale i większość tytułów AAA. Mam zresztą nadzieję, że wyniki sprzedaży DS. będą na tyle duże, że kontynuacja zamieni się w „poważny” projekt, walczący o swych klientów ze sklepowych półek. 1200 MSP to dużo, ale opłaca się jak cholera, nie wiem czy można lepiej wydać na nową grę taką sumę. Strasznie miła zabawa, wciąga niczym przysłowiowe chodzenie po bagnach.

cascad

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s