Graczem jestem, byłem, będę (czyli pozytywnie o graniu)

Letnie wieczory przy konsoli mają swój niepowtarzalny urok. Zresztą, jestem graczem i właściwie wszędzie mogę znaleźć dobre skojarzenia z tym hobby. To nie aż takie straszne i bałwochwalcze jak się wydaje, na pewno nie jestem w tym osamotniony.

Kiedyś wakacje były okazją do długiego jeżdżenia na rowerze (i spadania z niego), grania w piłkę, pierwszych miłostek, bójek, wypraw w „jeszcze nieznane”, i oczywiście do naprawdę konkretnego grania. Zawsze tak je będę wspominał. Z łezką w oku wracam do czasów gdy oczytany prasą nt gier zapragnąłem w końcu dorwać się do legendarnych tytułów, o których redaktorzy Neo Plus i PSX Extreme pisali z tak zaraźliwą pasją. Wybór padł wtedy na PlayStation wraz z Final Fantasy 7. Jeszcze pamiętam jaki byłem szczęśliwy i dumny gdy przyniosłem szare pudełko do domu. Siadając ze słownikiem na kolanach chłonąłem każdy dialog, szkoliłem się w angielskim i autentycznie żyłem „siódemką”. Wtedy przekonałem się jak wielką sztuką potrafią być gry (a potem Chrono Cross zredefiniował mi to pojęcie). Stopień zaangażowania odbiorcy w najlepszych tytułach przerasta każdą inną dziedzinę twórczości ludzkiej, co kulturoznawcom jeszcze przez lata nie przejdzie przez gardło. Podejmując się kolejnych wyzwań czujemy radość, zatracamy się w kolejnych epizodach. Wspaniała rzecz.

Dobrze pamiętam też sprzęty 8śmio i 16sto bitowe, które dla starszych były magicznymi maszynkami pełnymi kultowych gier. Dla mnie był to zbiór fantastycznych zręcznościowych wyzwań, do których sam dorabiałem sobie fabułę, wymyślając w głowie, podczas rozgrywki, dialogi, misje i zadania dla sterowanego przez siebie „pamperka” (poważnie – zostało mi to do dzisiaj, gdy komentuję mecze w Pro Evo) nie potrafiąc jeszcze pokonać bariery językowej. Zabawa z padem wchodziła mi pod skórę, rozwój technologii pozwolił na umieszczanie w grach muzyki naprawdę wysokiej jakości, podprogowo rozbudowując wrażliwość na dźwięk młodych ludzi. Do dziś zapiera mi dech soundtrack z Chrono Crossa, który wywołuje chęć kolekcjonowania wszystkich godnych OST z gier. I wiem, że jeszcze kiedyś go zdobędę.

Przyznam, że w opozycji do nie-graczy mało które dzieciaki nasiąkają za młodu muzyką symfoniczną, obcym językiem i zagadkami przestrzennymi. Pomimo iż nie posiadam papierów stwierdzających, że ze mnie wykwalifikowany psycholog i pedagog to jestem głęboko przekonany, że taka matematyczno-lingwistyczno-artystyczna bomba wpływa bardzo wymiernie na wewnętrzny rozwój. A nawet jeśli jest inaczej to nie przyjmuję takiej opcji.

Do dziś po zakupie nowej produkcji jestem naładowany ciekawością. Szybko otwieram pudełko, nerwowo odpalam konsolę, zrzucam graty z łóżka i znajduję sobie wygodna pozycję (najczęściej „na leniwca”), nawet nie myśląc o przeglądaniu listy achievementów. Po wspaniałych latach z PlayStation 2 dobrze wiem czego oczekuje po grach, ta przebogata platforma idealnie wpasowała się w mój „cykl” życia. Sporo wolnego czasu i tona ukazujących się przełomowych gier. Nie mogło być lepiej.

Dlatego tak bardzo cenie sobie poważne podejście do gier. Gdyby za Gears of War nie stało uniwersum i historia to bym na nie, nie spojrzał. Bez tytułów pokroju Red Dead Redemption, Ico czy Mark of Kri mógłbym się wstydzić, że to moje ulubione hobby i pasja. Bo zarówno wspaniałe baśnie pokroju Okami i Prince of Persia dają dużo myślącemu odbiorcy, jak i „popkulturowo wystylizowane” gry pokroju No More Heroes, The World Ends With You, Katamari Damacy czy Patapon. Te wszystkie tytuły potrafią uniwersalnie bawić osoby w każdym wieku i pozwalać dostrzegać w nich różne rzeczy, wraz z upływającymi latami i doświadczeniem. Przykładowo, pierwszy Metal Gear Solid długo i stopniowo odkrywał przede mną swe najmocniejsze zalety, ukryte w burzliwej historii przepełnionej wzlotami i upadkami napotykanych postaci. Medium jakim są gry jest rewelacyjnie wręcz hipertekstualne, potrafiąc na przestrzeni paru godzin rozgrywki poruszyć naprawdę dużo odmiennych od siebie tematów.

I właśnie dlatego mam tak głęboko w próżni to co wyjdzie na Move i Kinecta, nie potrzebuję głupich party games dla osób, które nie potrafią trzymać pada. Nawet jeśli ma to łamać pewne bariery, to uważam, że nie tędy droga – gdyż owe granice nie leżą w kontrolerze jaki trzymamy w rękach, tylko w głowie. Albo ktoś chce pograć, albo się tego (jeszcze) boi, nikt na ulicy się nagle nie obudzi i nie pobiegnie do sklepu wydać 2000 zł na 360 i Kinecta, zamawiając przy okazji telewizor 3D i PlayStation 3.

Zmiany, które zaszły w branży potrafią wywołać dwa bardzo negatywne zjawiska – prostactwo nowych gier, zniechęca starszych graczy do przesiadania się na nowe sprzęty, a nastawienie na achievementy i online sprawia, że gdzieś zatracił się cały sens grania. A pamiętam, że dużo większe natężenie świetnych tytułów miało miejsce wtedy gdy konsole nie potrzebowały patchy, ani pucharków czy walki przez kabel. Po prostu gry wychodziły dopracowane, osiągnięcia były dla nas samych a gdy się chciało z kimś mierzyć, to się go do siebie zapraszało – i jakoś cały ten cyrk się kręcił. Oczywiście kwestia nowopowstałego społeczeństwa to sprawa na osobny artykuł, jednak choć pokrótce mogę sobie na nie ponarzekać.

Z drugiej strony wkroczyliśmy w erę nowych możliwości, z której z wrodzonym optymizmem, cieszę się niczym fani Tokyo Hotel na wizytę u fryzjera. Mam szybki dostęp do informacji, mogę kupować oryginalne gry, a tytuły, które wybieram mają świetną grę świateł, animację i silnik fizyczny (te trzy rzeczy naprawdę mi przeszkadzają gdy wracam do starszych pozycji). To wszystko wpływa na komfort grania – tak samo jak duży TV i bezprzewodowy pad. Gdy nie wiem jak przejść dany fragment w 3 sekundy mogę sprawdzić w sieci jego solucję – teraz wszystko podane jest na tacy i grzechem byłoby z tego nie korzystać. Nawet jeśli ta przystępność gier często jest przesadna.

Aktywnym graczom, często chce się sprawdzić książki klasyków, tak już jakoś jest. Po ograniu wielu ciekawych historii chce się jeszcze więcej, naturalnym wyborem jest zatem literatura. Potem nadchodzą filmy i patrzenie na nie pod kątem „ale bym w to pograł” plus zdecydowanie bardziej krytyczna ich ocena, z punktu widzenia osoby nie zamykającej się tylko na jeden rodzaj sztuki. Wiem, że tak jest, widzę to po ludziach z którymi rozmawiam o zbliżających się hitach, komiksach, książkach, muzyce, filmach… nawet jeśli uważam, że ludzkość głupieje z dnia na dzień, to wolę patrzeć na to zjawisko tak, że jeśli istnieje jakaś grupa stale i dynamicznie rozwijająca się, to są to gracze.

Co jeszcze fajniejsze, od jakiegoś czasu przełamuje się stereotyp jakoby kobiety nie grały. Co prawda dalej ciężko natknąć się na naprawdę obeznaną panią, jednak sama „orientacja w terenie” cały czas rośnie. Do tego stopnia, że coraz częściej można śmiało poruszyć bez zażalenia temat swojego hobby w towarzystwie, bez konieczności wstydzenia się tego co się lubi. Odpalenie konsoli z odpowiednim tytułem także daje radę, zwłaszcza gdy zacznie się bawić w kooperacji. Z doświadczenia wiem też, że domowe imprezy przy grach są po prostu niezawodne. A organizowanie turniejów w gronie przyjaciół to większa zabawa niż obserwowanie wygiętych twarzy ludzi na Love Parade.

cześć, jestem Ari, jestem normalny

cześć, jestem Ari, jestem normalny

Jakby nie patrzeć, dla mnie granie to wybitna sprawa z każdego punktu widzenia; socjalnego, artystycznego, rozwojowego, rozrywkowego i tego pozbawionego jakiegokolwiek sensu. Czasem nie dojadam, zawsze dopijam, i wiem, że graczem byłem, jestem, będę. Daje mi to naprawdę dużo, nie przeszkadzając w aktywnym życiu, na przekór stereotypom – dorzucając do niego kilka nowych barw i smaków.

cascad

PS a tu jeszcze przypomnienie tych smaków ; )

Reklamy

8 uwag do wpisu “Graczem jestem, byłem, będę (czyli pozytywnie o graniu)

  1. Stopień zaangażowania odbiorcy w najlepszych tytułach przerasta każdą inną dziedzinę twórczości ludzkiej, co kulturoznawcom jeszcze przez lata nie przejdzie przez gardło – poczułem się wywołany do tablicy;)… troszku się już to zdanie zdezaktualizowało – zainteresowanie grami w kręgach medioznawców i kulturoznawców z roku na rok jest coraz większe i zdobywa coraz więcej uznania czego dowodem tematy prac naukowych i powstawanie instytutów poświęconych elektronicznej rozrywce:)

  2. Granie to zachwyt spowodowany nową, piękną lokacją. To mętlik w głowie po niszczącym twiście fabularnym, to zżycie się z wirtualna postacia, to długi pojedynek z innym graczem (zarówno przez znienawidzony przez Ciebie kabel jak i na jednej kanapie, z obowiązkowymi docinkami) zakończony satysfakcjonującą wygraną lub… przegraną.
    Gry to zupełnie inne spojrzenie na wszystko inne, ot, co 🙂 Dobry tekst.

  3. Tak, dobry tekst. Sam jestem RPGowcem, nie graczem w sensie gier konsolowych/komputerowych (choć jednak trochę, inaczej mnie by tu nie było), ale rozpoznaję tę samą pasję.
    Tak więc: Live long and prosper.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s