Enslaved: Odyssey to the West [X360, PS3]

W chwili gdy produkcje action-adventure zaczynają zjadać swój własny ogon, zapominając o ciekawym scenariuszu, postaciach i tym, że nie każda gra musi zawierać podstawowy arsenał amerykańskiej armii pojawił się tytuł taki jak Enslaved: Odyssey to the West. Zniszczony świat z wszechobecną, odradzająca się po wojnie przyrodą, oglądany z perspektywy muskularnego Monkeya i delikatnej Tripitaki zapewnia świetną zabawę i około 10 godzin obcowania ze świeżą, wypełnioną emocjami historią. Ninja Theory (developer) po prostu trafiło w sedno moich oczekiwać względem tej gry.

Historię rozpoczyna uwolnienie się Małpiszona (czyli postaci, którą sterujemy) z niewolniczej kapsuły. Znajdując się na bliżej niesprecyzowanym niewolniczym statku powietrznym pełnym wojowniczych mechów, Monkey dostrzega młodą dziewczynę, która wygląda jak ktoś kto wie jak wydostać się z tej niekorzystnej sytuacji. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że panna przeraźliwie boi się blond osiłka umalowanego w barwy wojenne. Kilka minut później, po ciężkiej katastrofie lotniczej nasza dwójka znajduje się w porośniętych bujną roślinnością ruinach Nowego Yorku. Okazuje się, że są skazani na siebie – Trip chce dostać się do swego domu co stanowi zadanie ponad jej siły. W obecnym świecie, opanowanym przez rządne mordu maszyny nie byłaby w stanie samotnie pokonać takiej odległości… Ponieważ jest zaradna postanowiła jednak założyć niewolniczą opaskę na głowę najbliższego, przepełnionego testosteronem barbarzyńcy. Jak nietrudno się domyślić zostaliśmy nim my. Co lepsze – jeśli serce Trip przestanie bić, albo oddalimy się od niej zbyt daleko, zginiemy. Nie mamy zatem wyboru i musimy odprowadzić ją w jednym kawałku aż do rodzimej wioski.

Relacje między naszą dwójką budowane są rewelacyjnie, niechęć zniewolonego Monkeya do Trip jest jak najbardziej uzasadniona, jednak wspólna podróż przez najeżony niebezpieczeństwami świat powoli to zmienia. Samo umieszczenie w grze dorosłych, nie karykaturalnych, postaci męskich i żeńskich zmuszonych do przebywania ze sobą pozwala na wiele ciekawych zabiegów fabularnych z których panowie z Ninja Theory śmiało korzystali. Kluczową sprawą jest tu oprawa. Głosy podkładane przez aktorów (plus ich synchronizacja z ustami bohaterów) wypadają rewelacyjnie – to absolutna czołówka. Przez cały czas miałem wrażenie obcowania z żywymi ludźmi, co dodatkowo podkreślała strasznie sugestywna mimika twarzy. Same oczy Trip mają w sobie więcej głębi i emocji niż większość typowych bohaterów gier. Ten rudzielec jest niesamowity w swym zdziwieniu, zawstydzeniu, żalu i radości… To jest dokładnie ten kierunek, który powinni obrać inni programiści. Immersja jest podstawą w opowiadaniu dobrych, zapadających w pamięć historii, i w Enslaved stanowi ona najjaśniejszy punkt.

Środowisko pomimo zbudowania na silniku Unreal Engine, znanym głównie z Gears of War aż krzyczy swymi kolorami. Głęboka zieleń, jasna żółć, czysty błękit i mocno kontrastująca czerwień tworzą wspaniałą kompozycję dzięki której ciężko przejmować się faktem, że chodzimy po z góry ustalonych ścieżkach. Projektanci poziomów zadbali o to by spod każdego drzewa, źdźbła trawy i bluszczu wystawały znaki uświadamiające nam, że w miejscu które właśnie przemierzamy kiedyś istniało miasto tętniące życiem. Na początku gry, gdy przechadzamy się po ruinach Nowego Yorku i wpadamy na malutką, przegniłą kołyskę poczułem to szczególnie dosadnie. Znalazłem się w miejscu gdzie 150 lat temu, przed wojną ktoś miał rodzinę i pokoik dziecięcy – nie można było tego pokazać celniej i subtelniej zarazem, przeszedł mnie dreszcz. Brawo!

Cała techniczna strona Odyssey to the West prezentuje najwyższy poziom. Skóra bohaterów wygląda niesamowicie, a góry złomu po jakich podróżujemy to najpiękniejsze góry złomu w historii gier video. Animacje skoków, ciosów czy biegu są wręcz perfekcyjne. Wiele uciechy dostarczyły mi fragmenty w których Monkey musiał wziąć Trip na barana (kolejny malutki zabieg budujących ich więź) lub pomóc jej dostać się w wyżej położone miejsce – to jak ją chwyta za pupę by pchnąć mocno w górę, z taką finezją jakby rzucał workiem ziemniaków, wygląda wybitnie i doskonale ukazuje charakter tej postaci.

System gry to połączenie prostych i grywalnych rozwiązań, wspartych odrobiną kombinowania, szybkiej akcji oraz pokazującej to wszystko jak najefektowniej kamery. Wcielając się w rolę typa odpowiedzialnego za rozwiązania siłowe będziemy musieli wykonywać powietrzne ewolucje jakich nie powstydziłby się książę Persji. Nie są one przesadnie skomplikowane i o zgon czy zagubienie naprawdę trudno, jednak ciężko się przy nich nudzić gdyż to jak się prezentują potrafi wprawić w zachwyt. Jestem jak najbardziej za takim rozwiązaniem – gdy oprawa potrafi nadrobić prosty gameplay zapomina się o pewnych uproszczeniach. Co jakiś czas trafimy na walki z przeciwnikami, będącymi morderczymi maszynami wyposażonymi w broń i piły łańcuchowe. Małpiszon radzi sobie z nimi dzięki swemu energetycznemu kijowi i skromnemu, choć zawierającemu wszystko co potrzebne wachlarzowi ruchów, uników i ataków. Co jakiś czas będzie tez korzystał z pomocy Trip odciągającej od niego uwagę oponentów, dziewczyna przyda się też w sytuacjach gdy trzeba będzie użyć wiedzy czysto informatycznej… Między to wszystko wpleciono nawet przemiły akcent łapania dla niej ważki. Tak, ważki. Jest to nie tylko megaprzyjemne ale i szalenie przydatne. Diabeł tkwi w szczegółach, znowu brawo!

Przechadzając się po dużych, opanowanych przez przyrodę (w większości) lokacjach gracze tacy jak ja – szukający naprawdę dobrych, nowych historii okraszonych śliczną oprawą będą czerpać masę przyjemności z obcowania z Enslaved. Do hardcore’owców muszących ciągle strzelać, trenować i podejmować skomplikowane wyzwania niekoniecznie musi to trafić. Dlatego przed zakupem warto się zastanowić po której stronie barykady stoimy – ta bardziej beztroska ma przed sobą prawdopodobnie najlepszy tytuł października, a może i całej końcówki roku. Przeprawa przez zdezelowany, walący się most brooklyński oraz pojedynki z bossami najzwyczajniej wywołują uśmiech na twarzy.

Napiszę wprost, że gra nie jest prostacka. Pomimo charakterystycznej oprawy i budowy fabuły, która na pierwszy rzut oka ciągnie nas do skojarzeń z Prince of Persia (2008) ja dopatruję się większej liczby podobieństw między Odyssey to the West a Beyond Good & Evil. Jest to tytuł bardzo często miksujący rozgrywkę: jesteśmy zmuszeni do strzelania różnymi pociskami, skakania, walki wręcz, latania na charakterystycznej „chmurce” unoszącej się kilka centymetrów ponad ziemią i wielu innych „drobnostek”. Zresztą między wspomnianą częścią PoPa i Enslaved jest spora różnica w podejściu do siebie pary bohaterów. Podczas gdy złodziej grobów od początku pałał ciepłym uczuciem (które przeniosło się na różne poziomy) do Eliki, tak tutaj Monkey jest zdecydowanie niechętny do przebywania z Trip i ani myśli o noszeniu jej na rękach. Oczywiście z czasem ich znajomość zacznie nabierać innych, dużo ciekawszych smaków, jednak dorzuca to kolejną cegiełkę sprawiającą, że gra się jeszcze ciekawiej i chce się po prostu zobaczyć co jeszcze czeka naszych bohaterów.

Żeby uniknąć zdradzenia wam wielu tajemnic związanych z Enslaved (i tak bym tego nie zrobił, mam przecież dobre serce 😉 ) zakończę w tym miejscu. Nastawienie na doznania fabularne i zamknięty świat pozwalają co bardziej czepliwym i wiecznie nieszczęśliwym wytykać sporo wad grze Ninja Theory… Jednak mówię wam – nie słuchajcie ich to nie ma sensu, przed wami 10 godzin wyprawy na zachód z której nie wypada nie skorzystać. Będziecie o niej pamiętać.

Poza tym podtrzymuję twierdzenie, że model rozgrywki ma w sobie zaskakująco dużo urozmaiceń i wyzwań, więcej niż można się było spodziewać. Kupując ten tytuł byłem gotowy na samoprzechodzącą się grę (a’la PoP: Forgotten Sands) i mocno się zdziwiłem. Oczywiście mocno na plus.

Trip i Monkey – byliście wspaniałymi towarzyszami podróży.

cascad

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Enslaved: Odyssey to the West [X360, PS3]

  1. Enslaved mnie kupiło odkąd tylko zainteresowałem się grą. Miałem okazję już zagrać, póki co niestety tylko w wersję preview. Potwierdzam – dialogi były fantastyczne, tak pod względem wykonania, jak i charakteru (bo bardzo często ten niezwykły klimat był budowany przez lakoniczne wypowiedzi, przesiąknięte niechęcią do rozmówcy/rozmówczyni). Jedyne z czym się nie zgodzę, to oprawa video. Oczywiście grałem jedynie w pewien wycinek całej produkcji, ale od strony technicznej Enslaved mnie jakoś szczególnie nie zachwyciło (choć przyznaję że design był wspaniały).

    Tekścik samoczytalny, bardzo miło się przez reckę przelatywało. 🙂 Ech, czekam na swoją kopię gierki…

  2. Nic dodać, nic ująć. Świetna historia okraszona dobrym i urozmaiconym gameplayem. W zasadzie wszystko wydaje się być na swoim miejscu i dobrze wyważone. Przez grę płynąłem z przyjemnością i na pewno zapadnie w mojej pamięci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s